Czterodniowy wyjazd konferencyjny do Szwecji okazał się wydarzeniem życia – jeśli mogę użyć takiego określenia. Po pierwsze wreszcie (tj. od listopada) wziąłem udział w akademickiej konferencji, po drugie było to międzynarodowe wydarzenie, zatem wznikła szansa na poznanie innych transpłciowych akademików i otwarcia się na wyjątkowe inspiracje, po trzecie poznałem osobiście Susan Stryker i Jamisona Greena.
Konferencja zajmowała specyficzna pozycję wśród zainteresowania transpłciowych studiów. Jej temat – Trans rights as human rights – the implications for trans health(care) – przyciągnął nie tylko teoretyków z zakresu nauk społecznych, lecz także medyków – kilku psychiatrów, a nawet chirurga. Program można było uznać za zdecydowanie napięty – zaledwie 3 dni na 5 półtoragodzinnych wykładów i 6 sesji panelowych to zdecydowanie niewiele. Większość referatów, których chciałem wysłuchać, prezentowane były podczas mojej sesji (i, oczywiście, nie znalazły się tam) – jednakże znalazła się okazja do wymiany informacji i spostrzeżeń badawczych z autorami i autorkami wystąpień. Wszystko, jak wiadomo, w kuluarach.
Program konferencji załączam w formie PDF. Jeśli chodzi o najciekawsze prace i osoby, których publikacje warto śledzić, poleciłbym:
Tamar Doorduin – badaczkę seksualności osób trans w kontekście holenderskim, interesujące spojrzenie na problem definiowania binaryzmu płciowo-seksualnego zarówno przez kulturę jako taką, jak i same osoby trans
Natachę Kennedy – weterankę na polu aktywisticznym, której zainteresowania badawcze krążą przede wszystkim wokół kwestii wczesnego coming outu transdziewczynek
Andy Candy – krytyczkę teorii queer jako absorbującej dyskursy transpłciowe, zwolenniczkę powrotu do „czysto feministycznego” opisu transpłciowości, przeciwniczkę diagnostyki transseksualnej
Jonasa Hamma – którego analiza problematyki praw człowieka procedur korekty płci w Niemczech i Irlandii również wydaje się wnosić interesujący aspekt porównawczy do miedzynarodowych kwestii społecznych i politycznych
Kim Trau – zajmująca się ewolucją niemieckiego prawa transseksualnego poczynając od jego ustanowienia w 1981 roku
oraz (wymienianych tylko z imion i nazwisk):
Anna Siverskog
Anna Arvidsson
Josephine Krieg
Eric Schneider
Ulrica Engdahl
Mój referat krążył wokół zagadnienia transpłciowej godności i jej (nie)świadmoego wyzbycia się podczas procesu korekty płci w Polsce. Niestety, najwięcej czasu poświęciłem samej procedurze, zamiast problematyce godności jako takiej. Na szczęście zebrałem sporo notatek i uwag i, mam nadzieję, do końca czerwca będę w stanie zawrzeć je w formie artykułu. Tymczasem referat w takiej formie, w jakiej jest, posłuży jako podstawa do artykułu dla portalu poświęconego polityce regionu wyszegradzkiego. Uff.
Ponadto polecam również prezentowany podczas konferencji film Wariazone poświęcony indonezyjskiemu środowisku trans* (w najszerszym rozumieniu m/k). Interesujący, kolorowy i – trzeba przyznać – popychający do zadawania wielu pytań i szansa do zastanowienia się nad białym transpłciowym kolonializmem. Kolonializmem, trzeba dodać, ciekawym, bo w wydaniu estońskim i cispłciowym, o czym miałem okazję rozmawiać z jedną z twórczyń obrazu. Trailer do obejrzenia na stronie projektu, tam też można zakupić DVD (sam to zrobiłem).
Wrażeń było wiele. I pozytywnych, i negatywnych. Najciekawsze, przynajmniej dla mnie, z perspektywy akademickiej było porównanie różnorodnych koncepcji trans- i cispłciowości i – po raz kolejny – zastanawianie się nad tym, jak lokalne spojrzenie na płciowość może konstytuować świadomość trans* w zależności od regionu. Jedno pozostaje wciąż niezmienne – zbyt mało energii wkładamy w to, aby nazwać normę. Cispłciowości należy się sporo uwagi, podobnie jak cisseksualności – niech wreszcie będą świadome swojego istnienia.
I końcowo, po raz kolejny, łechtanie ego. Zdjęcie Dynarskiego z Greenem. Wydarzenie życia.
Po raz kolejny – po referacie wygłoszonym na konferencji dwa lata temu i kilku wywiadach – wracam do tematu widzialności osób trans w przestrzeni publicznej. Już nie tylko aktywistycznej, w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy trochę nam się zmieniła lokalna rzeczywistość – mamy transpłciową posłankę, a tym samym tematyka trans coraz częściej pojawia się w mediach. Czy traci na tym samym na sensacyjności? Zależy.
Od jakiegoś czasu zbieram się, żeby przyjrzeć się sposobowi prezentacji transpłciowości i używanemu w publikacjach różnych czasopism (w tym internetowych) słownictwu odnoszącym się do kwestii korekty płci, transseksualności, transwestytyczności, tożsamości czy ekspresji płciowej. Ale czy się zbiorę, to inna sprawa. Zniechęcam się, przyznam, komentarzami na stronach popularnych portali. Chociaż nie powinieniem – o chamstwo w internecie niezwykle łatwo. Łatwiej niż wyjść na demonstrację z zasłoniętą twarzą.
Być może problem nieustannej transfobii w mediach bierze się z istnienia tylko jednej politycznie rozpoznawalnej twarzy w Polsce. W showbiznesie i mediach popularnych osób płciowo nienormatywnych, bądź niekryjących się ze swoim statusem trans mieliśmy już kilkanaście. O ile nie więcej – przyznam, nie śledzę mediów wizualnych aż z takim zacięciem. Nie mam nawet telewizora. Zgodnie z prawem pozostawania między przeszłością a nowoczesnością spędzam czas w internecie i przy radiu.
Jeśli zaś chodzi o problem widzialności – należy zadać sobie pytanie, czy kampanie outujące na masową skalę (takie jak „Niech nas zobaczą” czy „Miłość nie wyklucza„) mają sens w przypadku osób trans, szczególnie transseksualnych, biorąc pod uwagę, że jeden z aspektów statusu trans, to próba wtopienia się w tłum. Spotkałem się kiedyś z twierdzeniem, że działalność na rzecz widzialności to krok wstecz. Argumentem miało być to, że jeśli dwadzieścia lat temu ktoś widział na ulicy transkobietę
„prędzej powiedziałby, że jest brzydka, niż że jest trans”.
Ja za to mówię – trzeba mieć wiele nietaktu, żeby w miejscu publicznym projektować na kogoś swoje oczekiwania estetyczne co do urody osób trzecich. Oczywiście robią to za nas różnego rodzaju normatywne procesy obecne poprzez media, kreowane przez nie oczekiwania społeczne oraz nasza własna „wewnętrzna” (nad cudzysłowie w tym wyrazie jeszcze kiedyś się dłużej zastanowię) chęć wpasowania się przynajmniej w niektóre aspekty otaczającej rzeczywistości.
Domyślać się długo nie trzeba – widzialności powiem zdecydowane tak z wielu powodów. Najważniejszym z nich na pewno będzie problem obecności transpłciowego głosu w społeczeństwie. Do tej pory o transpłciowości wypowiadały się tylko osoby cispłciowe („nie-trans”), ich status ekspercki zaś był dość szeroki. Od dziennikarzy bazujących na przestarzałych analizach seksuologicznych przez podobnie opisujących zjawisko socjologów, aż do lekarzy niechętnych do dalszej edukacji, przedstawiających osoby trans w stereotypowym świetle, według narracji tożsamościowych pochodzących z lat 80. A może nawet i wcześniejszych. Rzesze ekspertów i ekspertek zatem, których praca byłaby o wiele przydatniejsza, gdyby zechcieli i zechciały tylko tworzyć swoje dyskursy we współpracy z transpłciowymi ekspertami.
To jeden z argumentów. W swoim czasie przyjdzie więcej. Tymczasem wszystkich chętnych do akcentowania swojej widzialności transmężczyzn zapraszam do projektu hottransguys.com. Warto czasem połechtać ego i wypuścić swoje zdjęcie w eter.
Od kilku miesięcy zastanawiam się, czy niniejszy blog nie powinien dorobić się zakresów tematycznych, czy pewnego rodzaju cyklów. Przemknęło mi to przez głowę, oczywiście, gdy napomknąłem o transowych obrazkoblogach (i napomknę jeszcze nie raz), nie spodziewałem się jednak, że stworzenie kategorii „napotkane” może przynieść aż tyle radości.
Dziś przyglądamy się zabawnemu rozporządzeniu, na które natknąłem się przez przypadek podczas przygotowań do analizy prawnej na potrzeby projektu związanego między innymi z ostatnio wydaniem zaleceniem Komitetu Ministrów Rady Europy. Dokument ten – CM/Rec(2010)5 – dotyczy środków zwalczania dyskryminacji opartej na orientacji seksualnej lub tożsamości płciowej. Jeśli kogoś ciekawi jego treść (szczególnie że jest bardzo szczegółowy także pod względem tematyki tożsamości płciowej), zapraszam na stronę Pełnomocniczki Rządu do Spraw Równego Traktowania. O wynikach projektu w swoim czasie.
Załącznik kolejno punktuje różnego rodzaju schorzenia i zaburzenia (choć zaburzenia nastroju brzmią, moim zdaniem, zbyt ogólnie – kto w czasach absolutnej degrengolady politycznej ich nie ma?), poświęcając szczególną uwagę problemom behawioralnym i osobowościowym, aby w punkcie dziesiątym dojść do sedna problemu.
Zaburzenia preferencji seksualnych. Dziwna to kategoria w samej medycynie. Niezwykle normatywizująca, wprost wołająca o utworzenie specjalnej komisji poświęconej badania normatywizacji zachowań. Wśród elementów tej grupy są, oczywiście, zjawiska wywołujące wiele społecznych kontrowersji takie jak pedofilia czy ekshibicjonizm (nierzadko zresztą grupowane razem), ale znajdują się tam również zachowania niemające nic wspólnego z niesiem zagrożenia osobom trzecim (w jakikolwiek sposób).
Jak ma się uprawianie seksu w towarzystwie akcesoriów kulturowo kojarzonych z płcią przeciwną do kwestii posiadania broni? Dlaczego innego rodzaju fetyszyzmy nie trafiły na tę listę? Czy istnieje podejrzenie, że jakaś nieuważna podwiązka lub zrolowane skarpetki wpłyną na zdolnośc posługiwania się bronią? Nie wiem. I w zasadzie wiedzieć nie chcę. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić również, co sadyzm i masochizm (tak jest – bo nie sadomasochizm) mogą mieć wspólnego z kwestią posiadania i rejestracji broni. Czyżby państwo dbało o to, że osoby odchodzące swoim seksem od romantycznych wyobrażeń o jedności ciał zaczna nagle strzelać do siebie?
Temat intryguje. Ciekawy jestem argumentacji Ministerstwa Zdrowia w tej sprawie…
Zapewne nikogo nie trzeba przekonywać, że przeglądanie internetu dość często – jeśli nie zawsze – kieruje nas do tzw. random zone. Strefa losowa, czy przestrzeń przypadku, gdyby pokusić się o wolne tłumaczenie, czy próbę zagarnięcia. Kilka dni temu ta dobrze znana użytkownikom i użytkowniczkom internetu droga pokierowała mnie do historycznych przedstawień płciowej nienormatywności.
Rozpoczęło się niemal tak jak każdy kolejny dzień – od przeglądania ulubionych kanałów RSS, wśród których znajduje się dość ciekawa tumblrowa zbiórka sexgenderbody .Polecam, choć ostrzegam – w niektórych miejscach może być widziane jako nieodpowiednie do oglądania/czytania w miejscu pracy (NSWF). W jakiś sposób do codziennie dodawanych obrazków i tekstów na temat płciowości, seksualności i łamania przeróżnych tabu związnych z tą tematyką zaplątał się link do uroczego obrazkobloga – Ugly Renaissance Babies.
Jedno z moich ulubionych malowideł ze zbioru
Naturalnie, jak to bywa ze strefą przypadku – zacząłem przeglądać i wkrótce okazało się, że kolejne dwadzieścia jeden stron fragmentów malowideł z różnych epok (tytuł jedynie sugeruje, ze chodzi o renesans, tak naprawdę URB udostępnia prace artystów z przestrzeni kilku wieków – autor i autorka tłumaczą się zresztą z tej kwestii) przeminęło w okamgnieniu. Z całego zbioru jeden obraz wzbudził moją ciekawość na tyle, że postanowiłem nadać strefie przypadku odrobinę sensu. Poczytajmy zatem o La Mujer Barbuda – Kobiecie z brodą.
Pochodzący z 1631 roku obraz pędzla hiszpańskiego malarza José de Ribera (niekiedy Jusepe de Ribera) przedstawia silną, męską postać karmiącą dziecko, za którą kryje się nieśmiała dość postać drugiego, ewidentnie słabszego mężczyzny. To wrażenie początkowe. Silne dłonie głównej postaci, typowo męskie łysienie i długa, gęsta broda nie wydają się pasować ani do odsłoniętej piersi (ewidentnie efekt estrogenów), ani do kojarzonej z kobiecością sukni. Tytuł również nie pomaga – nawet jeśli opisuje prawdę, przynajmniej według współczesnych – dzisiaj, znając dynamikę cech płciowych, chcielibyśmy wiedzieć więcej. Niezdrowa to fascynacja, to trzeba przyznać, jednak transpłciowa i interseksualna historiografia muszą się z nią zmierzyć. Chociażby ze względu na konieczność odzyskiwania historii i zaznaczania własnej obecności przed ponowoczesnością.
Kobieta z brodą (1631) – José de Ribera
Biorąc pod uwagę pozycję interseksualności i transpłciowości w społeczeństwie jako zjawiska typowo medyczne, nic dziwnego, że najbardziej analityczny artykuł dostępny w przestrzeni internetowej to pochodzący ze strony oxfordjournals.org artykuł traktujący o zjawisku gender bender z perspektywy możliwej diagnozy zaburzeń hormonalno-rozwojowych. Jednakże bez względu na to, jak zapatrujemy się na medyczne rozumienie płciowej nienormatywności i nieustajacą patologizację, tekst zwraca uwagę na kilka interesujących faktów z życia osoby przedstawionej na obrazie – Magdaleny Ventury.
Autorzy zwracają uwagę na kamienne tablice z łacińskimi inskrypcjami, które wyjaśniają istotę obrazu, oraz na znajdujące się na nich przedmioty. Wrzeciono – symbol kobiecości – i muszla ślimaka – reprezentująca osoby hermafrodotyczne – mogą stanowić dowód na to, że Venturę widziano w obydwu tych kategoriach, biorąc pod uwagę historię zmian jej wyglądu. Oto, co wyjasniają tablice (podaję fragment):
Spójrzcie, oto wielki cud natury. Magdalena Ventura z miasta Accumulus w Samnium, wulgarnie zwanym Abruzzo w królestwie Neapolu, lat 52, w wieku 37 lat, co niecodzienne, rozpoczęła okres dojrzewania, przez co wyrosła jej broda przypominająca cechę brodatego mężczyzny, nie zaś kobiety, która straciła trójkę synów porodzonych jej mężowi, Feliciemu de Amici, stojącemu obok niej.
Przy okazji warto również zwrócić uwagę na środki użyte przez Riberę mające na celu podkreślić kobiecość postaci – piszą również o tym Michael i Tunbridge. Oprócz odzieży i przedstawionych na tablicach symboli, malarz zdecydował się ukazać pierś – w dodatku w bardzo nienaturalnej lub (jak kto woli) niewygodnej pozycji – oraz niemowlę. Obydwie cechy opisują postać Ventury jako kojarzoną z macierzyństwem, a zatem podkreślającą kobiecość/żeńskość, jednakże ten sam obraz ukazuje małżonka jako kogoś mało znaczącego, przebywającego w cieniu swojej silnej, dumnej partnerki.
Wygląda na to, że Ribera, przedstawiając osobę interseksualną, nie tylko zdecydował się edukować (poprzez inskrypcję i symbole), lecz także pokazał siłę wynikającą z połączenia cech tradycyjnie kojarzonych z męskością i kobiecością. Każda z cech ciała Ventury jest w idealnej symbiozie, bycie jednocześnie ojcem i matką daje siłę, ukazuje ją jako dumną, bezkompromisową jednostkę. Warto mieć to na uwadze.
Wywiad przeprowadzony przez Krzysztofa Śmiszka nt. działalności Fundacji Trans-Fuzja – zarówno obecnej, jak i przyszłej, a także potrzeb zmian prawnych w zakresie zapewnienia osobom transpłciowym ochrony prawnej odpowiadającej prawnoczłowieczym standardom. Do przeczytania również na portalu prawaczlowieka.edu.pl.
KŚ: Czym zajmuje się Fundacja Trans-Fuzja na co dzień i jakie są jej główne cele działania?
WD: Jako organizacja pożytku publicznego Fundacja Trans-Fuzja zajmuje się przede wszystkim działalnością na rzecz osób transpłciowych, przy czym działalność ta ma różne postaci. W 2007 roku – jeszcze na poziomie inicjatywy – chodziło przede wszystkim o widzialność i wsparcie osób indywidualnych poprzez np. grupy spotkaniowe. Szybko jednak okazało się, że to zaledwie kropla w morzu potrzeb i dziś – po ponad czterech latach działalności – zakres naszej aktywności bardzo się rozszerzył. Transpłciowa ekspertyza zyskała na znaczeniu w wielu profesjonalnych kręgach, a kontekst polski został zauważony i doceniony na arenie międzynarodowej. Przemyślałyśmy i przemyśleliśmy też strukturę organizacji, dzięki czemu mogliśmy i mogłyśmy wyodrębnić cztery najważniejsze obszary działań, które obejmują: wsparcie, rzecznictwo, edukację oraz kulturę.
KŚ: Jakie jest twoje zdanie odnośnie widzialności społeczności osób trans w naszym kraju? Czy uważasz, że społeczeństwo polskie zmienia się i jest więcej zrozumienia dla problemów osób trans?
WD: To dla mnie zawsze jednocześnie interesujące i problematyczne pytanie. Problematyczne głównie dlatego, że trudno mówić o jednolitym społeczeństwie, szczególnie przy problematyce transpłciowości i jej odbioru. Na pewno jednak – co wynika z mojej obserwacji w pracy w Fundacji – odbiór pozytywny jest częstszy tam, gdzie ludzie są ze zjawiskiem zaznajomieni lub przynajmniej o nim poinformowani. Przy czym przez „informację” mam na myśli przede wszystkim edukację poprzez medialne coming outy i różnego rodzaju działalność kształcącą, bez bigoterii, uprzedzeń oraz, co oczywiste dla nas, bez zbędnej patologizacji. Dlatego też nakłaniamy osoby trans do ujawniania się i opowiadania o sobie. To naprawdę pomaga. Pomaga nie tylko ogółowi, lecz także innym osobom trans bądź im bliskim. Im więcej widzą podobnych do siebie osób, tym łatwiej im zaakceptować siebie i być tym, kim naprawdę chcą.
Ja sam wierzę, że społeczeństwo się zmienia, ale wiem, że trzeba do tego czasu, często wielu lat. Być może obecność Anny Grodzkiej w Sejmie jest znakiem zmiany?
KŚ: Jakie rozwiązania legislacyjna w chwili obecnej są najpilniejsze, aby rozwiązać konkretne problemy społeczności osób trans?
WD: W Polsce palącym problemem jest wprowadzenie regulacji dotyczących korekty płci. Do tej pory nie posiadamy kompleksowej ustawy, przez co obecne procedury są prawnie niejasne, często dochodzi do nadużyć ze strony zarówno lekarzy diagnozujących, biegłych, jak i sędziów. Nad taką ustawą właśnie pracujemy i mamy nadzieję, że będziemy w stanie przekonać parlament do naszych racji.
Inne zagadnienia to, oczywiście, dyskryminacja. W polskim prawodawstwie brakuje tożsamości płciowej jako wyszczególnionej przesłanki dyskryminacyjnej, co sprawa, że interesy osób transpłciowych nie są w pełni reprezentowane. Naszym marzeniem byłoby także oficjalne uznanie ekspresji płciowej za przesłankę ze względu na niewystarczalność pojęcia tożsamości do pełnej ochrony prawnej osób pozostających poza binarnym płciowym systemem lub tym, którzy przez jakiś czas przebywali w przestrzeni pomiędzy kategoriami męskości, czy kobiecości (zarówno kulturowej, jak i prawnej).
I wreszcie – karanie zbrodni z nienawiści i mowy nienawiści. Osoby transpłciowe często padają ofiarami agresji słownej i fizycznej, jednakże niewielka wykrywalność przestępstw oraz niechęć samych zainteresowanych do zgłaszania incydentów sprawia, że problem ten jest nie tylko żywy, lecz także marginalizowany. Tutaj jednak potrzeba jest również edukacja zarówno służb mundurowych, jak i społeczności, nie jedynie zmiany prawne.
KŚ: Jakie są obecnie europejskie i światowe trendy w regulowaniu prawnego statusu osób trans?
WD: Jeśli rozpatrywalibyśmy postępujące zmiany w regulacjach poszczególnych krajów, to możemy mówić o prawnoczłowieczych trendach. Potwierdzają to zresztą działania Rady Europy, Unii Europejskiej, a także Organizacji Narodów Zjednoczonych. Dzięki stworzeniu Zasad Yogyakarty, pracy byłego Komisarza Praw Człowieka Rady Europy Thomasa Hammarberga, czy nieustającemu lobbingowi ze strony poszczególnych europejskich organizacji, w tym również Transgender Europe, prawa osób transpłciowych (i, mam nadzieję, wkrótce również interseksualnych) stają się powoli przedmiotem praw człowieka. Oznacza to przede wszystkim odchodzenie od patologizacji transpłciowych tożsamości i ekspresji – zrównywania statusu ludzi bez względu na ich normatywność bądź nienormatywność płciową i odchodzenia od stereotypowego obrazu transseksualności jako zjawiska będącego zależnym li i jedynie od medycyny. Dlatego też istotną kwestią jest również lobbowanie w organizacjach zdrowotnych, zwłaszcza WHO. Korekta płci przestaje być problemem trans* jako takim, a zaczyna być widziana jako kwestia odpowiednich uregulowań prawnych – odchodzimy od utożsamiania oznaczenia płci w dokumentach z koniecznością posiadania stałej tożsamości, odpowiadającej jej (według binarnych oczekiwań) ekspresji, czy dokonywania zmian cielesnych. Przyznam, że moim marzeniem w tym zakresie byłoby wprowadzenia kwestii tożsamości i ekspresji płciowej do programu równości płciowej jako takiej bez zbędnego oznaczania ludzi jako trans* czy interseksualnych – równość płciowa powinna być priorytetem bez kategorii. Bez względu na to, czy mówimy o reprezentacji kulturowej, biologicznych właściwościach, czy biologii interpretowanej przez kulturę.
Wydaje mi się to również istotne z perspektywy ochrony przed dyskryminacją. Trendy europejskie i światowe dążą do ochrony tożsamości płciowej przed przemocą i dyskryminacją, trzeba jednakże zdać sobie sprawę, że równie istotna jest w tym wypadku ekspresja. Agresja i dyskryminacja bardzo częstą nie są wymierzone w tożsamość jako taką, ale w ekspresję kojarzoną z ocenianymi negatywnie zachowaniami. Dlatego też ja sam popieram rozszerzanie katalogu przesłanek dyskryminacyjnych, ponieważ wierzę, że wraz z odpowiednią pracą edukacyjną, uda nam się kiedyś połączyć je w szersze, łatwe do interpretacji zbiory.
Prawnoczłowiecze trendy nie oznaczają jednak końca pracy u podstaw. Nawet w Unii Europejskiej mamy przykłady państw ignorujących potrzebę odpowiednich zmian. Mam tu na myśli przede wszystkim Litwę, która notorycznie próbuje uniemożliwić swoim obywatelom korektę płci i wprowadza prawa zakazujące tzw. propagandy homoseksualnej, co w rezultacie zamyka również usta transpłciowym aktywistom. Dlatego też trzeba wciąż naciskać i podkreślać rolę praw człowieka w kontekście regulacji dotyczącej ochrony tożsamości i ekspresji płciowej. Szczególny nacisk należy kłaść na nietykalność osobistą i prawo do decydowania o sobie – zbyt wiele krajów świata wciąż zmusza osoby chcące poddać się korekcie płci do sterylizacji czy interwencji medycznych.
KŚ: Jakie Fundacja Trans-Fuzja ma plany na przyszłośc?
WD: Jednym słowem mógłbym odpowiedzieć, że mnóstwo. W kwestiach zmian prawnych zależy nam na stworzeniu kompleksowych i zgodnych z prawnoczłowieczymi standardami regulacji dotyczących korekty płci. Chcielibyśmy również wprowadzić tożsamość i ekspresję płciową do katalogu przesłanek dyskryminacyjnych oraz zapewnić osobom transpłciowym ochronę przed przemocą, a także mową nienawiści i zbrodnią z nienawiści. Przemoc oraz agresja stanowią niezwykle poważny problem, dlatego zależy nam na współpracy z polskimi służbami mundurowymi, aby osoby transpłciowe (czy płciowo nienormatywne) mogły czuć się bezpieczniej. Jednym z naszych podstawowych priorytetów jest również przywrócenie refundacji procedur związanych z korektą płci – nie tylko zabiegów i operacji, lecz także leków. Chcielibyśmy, aby polskie władze zdały sobie sprawę, jak istotne są problemy osób transpłciowych i jak ważne jest ponadto zapewnienie im przez państwo godziwych warunków życia. Korekta płci i dyskryminacja to najważniejsze problemy, jednak nie wszystkie. Bezrobocie, niskie płace – kwestie, które kojarzone są z całą społecznością, dla osób transpłciowych są często jeszcze cięższe ze względu chociażby na brak ochrony prawnej czy programów doszkalających.
Oprócz zmian prawnych chcielibyśmy móc stworzyć sieć prawników i psychologów będących w stanie nieść pomoc osobom transpłciowym zarówno w dociekaniu własnych praw, jak i znajdowaniu możliwości polepszenia jakości życia.
Nasze motto brzmi – każdy ma praw być sobą. I wierzymy, że działalność organizacji przyczyni się do egzekwowania tego prawa, także w Polsce.
…czyli próbujemy wprowadzić pojęcie zbrodni z nienawiści i mowy nienawiści.
Byliśmy dzisiaj w Sejmie. Kiedy piszę „byliśmy” mam na myśli „nas”, tj. przedstawiciel i przedstawicielki organizacji pozarządowych (nie wszystkich), które już przez dłuższy czas pracowały nad zmianą obecnych przepisów.
Konferencję zorganizowaną przez Ruch Palikota można zobaczyć na stronach sejmowych oraz na portalu You Tube:
Przyznam, że zabrakło kilku nazwisk, cieszę się jednak, że wśród przesłanek, które znalazły się w projekcie i o których mogliśmy głośno powiedzieć, znalazła się również tożsamość płciowa. Oczywiście chciałoby się, żeby (ze względu na dość często trudność w rozróżnieniu przemocy na tle homofobicznym i transfobicznym) w projekcie znalazła się również ekspresja płciowa (być może pod postacią wizerunku), jednakże obecne klimaty międzynarodowe jeszcze tej kwestii nie sprzyjają. A szkoda. (Szykuje się jednak szansa zmiany, ILGA-Europe wraz z TGEU powoli zaczynają nad tą kwestią pracować).
W czasie prezentacji problematyki transpłciowej przywołałem różne statystyki, liczby i niepokojące wzrosty. Wielka szkoda, że nie dało się na ostatnią chwilę znaleźć sposobu na ich prezentację. Z drugiej strony – od czego mamy blogi i prywatne strony. A zatem w ramach dopowiedzenia do dzisiejszej konferencji, pozwalam sobie zaprezentować wyniki Monitoringu Morderstw Osób Trans (Trans Murder Monitoring) będącego częścią projektu Transrespect vs. Transphobia, prowadzonego przez TGEU od 2008 roku.
Od 1 stycznia 2008 roku monitoring zanotował 755 przypadków morderstw na tle transfobicznym, tj. zbrodnię popełnioną na osobie transpłciowej, osobie uważanej za transpłciową, bądź osobie, której wizerunek lub tożsamość nie korespondowały z tradycyjnymi (dla danego regionu) figurami binarnie rozumianych figur kobiecości/kobiet bądź męskości/mężczyzn. Większość zgłoszonych przypadków dotyczy krajów Ameryk Łacińskiej oraz Południowej, nie oznacza to jednak, że Europa jest od nich całkowicie wolna. Obecnie najczęściej słyszymy o morderstwach popełnianych w Turcji (dwa dni temu – 13 lutego – dwudziestosześcioletnia Melda została zamordowana przez własnego brata), jednakże – jak widać na zamieszczonej poniżej mapie – Unia Europejska, pomimo postępujących zmian legislacyjnych w zakresie prawnej korekty płci, nie prezentuje się najlepiej. Ze wszystkich czerwonych punktów najbardziej dziwią Hiszpania, Portugalia i Wielka Brytania – państwa często stawiane za wzór akceptacji transpłciowej różnorodności.
Wśród całościowego rankingu znajduje się również Polska. Fundacja Trans-Fuzja zidentyfikowała morderstwo na tle transpłciowym (ofiara nieznana z imienia i nazwiska, nieznany był również jej transpłciowy status, znany był jedynie motyw zbrodni) popełnione w lutym 2011 roku.
Niestety, odnotowane przypadki to jedynie niewielki procent tego, co w rzeczywistości dzieje się każdego dnia na całym świecie. Osoby transpłciowe, interseksualne, czy po prostu płciowo nienormatywne stają się ofiarami agresji słownej, psychicznej oraz fizycznej. Transfobiczna atmosfera wokół osoby nierzadko kończy się samobójstwem – problem ten dotyczy szczególnie młodzieży. Osoby dorastające nie tylko nie potrafią odnaleźć się wśród równieśników, nie znajdują także zrozumienia u rodziców, opiekunów, a nawet u szkolnych pedagogów.
Z tym również musimy walczyć. Prawo może nam jedynie pomóc w egzekwowaniu winnych, nie zastąpi natomiast edukacji, pracy u podstaw oraz zapobiegania przyszłym zbrodniom. Ciekawe tylko, czy doczekamy się kiedyś chociażby trans- i interpozytywnych podręczników szkolnych czy kampanii społecznych (także tych finansowanych z budżetu państwa)? Edukacja nieformalna trwa, ale to wciąż za mało.
Genitalia wyzwolone – męskie waginy wychodzą z cienia!
W świecie odgórnie zdefiniowanych postaci kobiet i mężczyzn przyjęło się utożsamiać te kulturowo-społeczne wytwory z jasno określonym, absolutnie niezmiennym zestawem genitaliów.
Chłopcy mogą być dumni ze swoich siusiaków, a dziewczynki powinny wreszcie zacząć swobodnie mówić o potrzebach swoich cipek. Tak uczą nas kolejne edukacyjne publikacje i portale zajmujące się ludzką seksualnością. A ci i te z nas, których ciała albo nie odpowiadają tradycyjnym wyobrażeniom o genitaliach, albo są wręcz odwrotne, wciąż próbują zwrócić na siebie uwagę. Bo zarówno męskie waginy, jak i damskie penisy oraz opcje wymykające się fizycznym podziałom, chciałyby zaistnieć w szerszym kontekście.
Temat transpłciowości nie wydaje się już tak obcy, jak dwa-trzy lata temu, kiedy to osoby transseksualne, transwestytyczne, transgenderowe i te poza jakimikolwiek kategoriami płci (cielesnej i kulturowej) bały się zabierać głos we własnym interesie. Na szczęście czasy się zmieniły (tak naprawdę niewiele, ale zawsze…) i oto osoba powszechnie odczytywana przez społeczeństwo jako mężczyzna może pozwolić sobie na genitalny coming out. Kłaniam się w pas. To ja – transmężczyzna – mam męskie imię, nazwisko, a nawet dumne M w dowodzie osobistym, tylko zawartość moich majtek wprawia czasami w zakłopotanie.
Po urodzeniu oznaczono mnie jako dziewczynkę. I słusznie, przynajmniej według dwupłciowego systemu przydzielania dzieciom odpowiednich literek. Nic nie wzbudzało wątpliwości – lekarz, zapewne wprawiony w swojej sztuce, rozpoznał i wargi sromowe, i łechtaczkę, o pochwie nie wspominając. Dobrze mi się żyło z moją genitalną diagnozą. Tylko społecznie i kulturowo się nie podobało. Tożsamościowo było mi wszystko jedno. Ani ze mnie prawdziwa kobieta, ani tym bardziej prawdziwy mężczyzna. Cokolwiek to znaczy. Postanowiłem zatem przejść typowo transseksualną drogę – dostałem diagnozę uroczo zakodowaną jako F 64, na jej podstawie zmieniłem oznaczenie płci w dokumentach i przeszedłem zabieg mastektomii. Transseksualista jednak ze mnie żaden. Przynajmniej w klasycznym rozumieniu. Lubię swoje ciało, zwłaszcza genitalia. Bo co może być lepszego niż wagina?
Od lekarzy często słyszy się, że transmężczyźni (seksuolog prędzej użyje sformułowania k/m albo „z kobiety w mężczyznę”) nie tyle chcą być postrzegani jako mężczyźni przez otaczające ich osoby, ale dokonać wszelkiego typu korekty ciała, aby osiągnąć stan jak najbliższy ideałowi. Zapewne niektórzy tak mają, ale mnie nigdy nie pociągała ta wymuszona zazdrość o fallusa. Zwłaszcza po kilku miesiącach leczenia hormonalnego, kiedy to razem z zarostem na twarzy i zmienioną masą mięśniową na całym ciele, między nogami wyrósł mój własny mikropenis. Tak by go określono, gdyby po moim urodzeniu zdecydowano, że jestem chłopcem. Dziewczynkom w tym wypadku przypada określenie „przerośniętej łechtaczki”. Jedno i drugie wzbudza mój wewnętrzny sprzeciw. W języku polskim wciąż brakuje nazw dla naszych genitaliów. Chociaż i tak będę się upierał, że posiadam i penis i waginę. Kwestia mikro-makro pojawić się może podczas dyskusji z kimś, dla kogo rozmiar jest absolutną podstawą komunikacji. Nie dla mnie.
A jednak, gdy piszę o trzycentrymetrowym wzwodzie, wyobrażam sobie uśmiechy współczucia i zdziwienia (sam się zresztą uśmiecham). Standardy genitalne sięgają bardzo daleko. Także do życia seksualnego. Nienormatywność genitalna to kwestia wciąż rzadko rozpatrywana – być może z powodu niewidzialności, a być może ze względu na kwestię intymności. W świecie, w którym wciąż trzeba konkurować z penisem, gdzie o seksualności kobiet jako takich (tj. osób klasycznie kojarzonych z waginą) wciąż mówi się zdawkowo i to najczęściej jedynie w kontekście zadowalania mężczyzn, bardzo trudno wyjść poza schemat. Męska wagina to wciąż swoista terra incognita. Oby nie na długo.
Pytanie o istnienie transpłciowej tożsamości pojawia się w mojej głowie za każdym razem, gdy mowa o badaniu jakości życia osób trans. Przez jakość życia rozumiem różnorakie problemy – od sytuacji związanych z miejscem pracy (tu zwłaszcza dyskryminacja), przez kwestie dotyczące odpowiedniego dostępu do, jakby się wydawało, codziennych usług medycznych, aż do „po prostu bycia”, tj. funkcjonowania w różnych kontekstach społecznych.
Temat intryguje mnie szczególnie z – od dawna przyjmowanej – perspektywy generalizującej, nadającej pewnej grupie status „osób trans”. Mam wrażenie, że zarówno w świecie aktywistycznym, jak i akademickim panuje pewien chaos pojęciowy. Niby wszyscy wiemy, o kim piszemy. Niby wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, jakie problemy możemy danej grupie przypisać, a jednak od czasu do czasu trafia się ktoś, kto wytknie braki w naszym, jak sądzimy, niezwykle inkluzywnym podejściu.
Polityka a pułapka tożsamości
Najlepszym przykładem może być ostatni okrągły stół Agencji Praw Podstawowych, na którą miałem okazję być zaproszony. Wydarzenie to, niestety, wyjątkowo krótkie – w sumie trwało 1,5 dnia – celowało głównie w dialog z aktywistami z różnych regionów Europy (nie tylko UE) na temat dalszej pracy FRA w kwestii osób transpłciowych. Wszystko szło całkiem nieźle, szczególnie prezentacja wyników badania populacji trans w Belgii (raport dostępny tu), dopóki nie doszliśmy do omawiania planowanego na wiosnę 2012 europejskiego badania populacji LGBT. Skupiać ma się ono na kwestiach związanych z dyskryminacją oraz problematyce mowy i zbrodni z nienawiści.
Niestety, jak zawsze przy tego typu badaniach, najtrudniejsza część to zidentyfikowanie populacji, którą chce się poddać badaniu. Osoba odpowiedzialna za prowadzenie tego olbrzymiego projektu zdecydowała, że udostępniany kwestionariusz ma dotyczyć osób utożsamiających się z pojęciami L, G, B oraz T (tj. posiadających lesbijską, gejowską, biseksualną albo transpłciową tożsamość). Aktywistyczny krąg (szczególnie część trans) załamał ręce na wieść o takiej generalizacji. Bo co by o tożsamości nie mówić, nijak się ma do badania REALNEGO obrazu dyskryminacji ze względu na seksualność czy płciowość (zarówno jej odczucie, jak i ekspresję).
Dlaczego?
Na początek przykład cispłciowy (ten łatwiejszy), z którym od lat borykają się programy prewencji infekcji przenoszonych drogą płciową (dzięki czemu powstały grupy MSM i WSW). Osoba identyfikująca się jako heteroseksualna, ale mimo wszystko prowadząca życie przez innych widziane jako biseksualne, może być dyskryminowana ze względu na te doświadczenia, jednak nie weźmie udziału w badaniu, ponieważ jej seksualność nie wpływa na poczucie własnej tożsamości. Czy w takim wypadku ktokolwiek ma prawo odmówić takiej osobie samookreślenia? Na jakiej podstawie miałoby się to odbywać?
Kwestia ta drażni mnie samego ze względu na obecne i przeszłe doświadczenia. Nikt nigdy nie brał na poważnie mojej deklarowanej biseksualnej, a następnie panseksualnej tożsamości. Przed zmianą dokumentów wmawiano mi, że jestem lesbijką (wiązało się to, oczywiście, z próbą odciągnięcia mnie od tematu transpłciowości), później zaś, kiedy w świecie przyjacielsko-aktywistycznym wydało się, jakie zmiany zaszły w moim życiu prywatnym, bez mrugnięcia ogłoszono mnie gejem. Nikomu nie przyszło nawet do głowy, żeby zapytać. Sklasyfikowany i już.
Kto jest trans?
Przykłady transpłciowe mogą okazać się podobne, jeśli chodzi o problem tożsamościowy. Zanim jednak do nich dojdę, chciałbym wytłumaczyć dwa pojęcia, którymi bez przerwy się posługuję, a które mogą wydawać się obce. Bądź komplikujące – nie ukrywam, że w świecie trans w zasadzie każdy posługuje się własnym aparatem pojęciowym i niekiedy bardzo trudno nadążyć za wszystkimi zmianami.
Termin „cispłciowy” zapożyczyłem z angielskiego cisgender, który już dość długo funkcjonuje w transowej przestrzeni internetowej i aktywistycznej (z naciskiem na perspektywę amerykańską). Do języka społeczności trans cis trafiło jako zamiennik „normalności” tudzież normatywności, czy genetyczności (ta ostatnia, swoją drogą, dość często pojawia się w słowniku polskiej społeczności, szczególnie osób transseksualnych). I w zasadzie w takim kontekście wciąż funkcjonuje. Osoba cis to przeciwieństwo osoby trans. Takie podejście do kwestii płciowości wydaje mi się niewystarczające. Dlatego też w moim słowniku pojęcie cispłciowy oznacza osobę, która nigdy w życiu nie kwestionowała binarnego systemu płciowego, nie ma udokumentowanych zachowań trans z okresu dzieciństwa, czy późniejszej nieletniości (odwołanie do benjaminowskiego schematu diagnostyki transseksualnej), idealnie funkcjonuje w świecie zbudowanym z zakazów i nakazów.
Oczywiście takie podejście do sprawy zostawia nas ze stwierdzeniem, że w takim razie nikt nie jest cis, bo każdy kiedyś, przynajmniej raz w życiu, zastanowił się nad sobą w kontekście płci właśnie. A każdy w takim razie musi być trans, skoro w jakiś sposób zderzył się z płciową normatywnością i potrafił się jej przeciwstawić. I oto właśnie chodzi. Aby nie tworzyć z trans i cis dwóch sprzecznych obozów, ale aby traktować je jako pewnego rodzaju wskazówki, co do wybieranej drogi życiowej. Jesteśmy na tyle trans albo cis, ile faktycznie chcemy być.
Trans jako tożsamość?
Traktowanie transpłciowości jako kwestii tożsamościowej w przypadku badań nad doświadczeniem dyskryminacji czy przemocy niesie za sobą problem z zebraniem dostatecznie reprezentacyjnej grupy. W ten sposób rezygnuje się z olbrzymiej ilości osób transseksualnych (tj. tych widzących siebie w tradycyjnym, medycznym ujęciu), które nie posiadają tożsamości trans. Ich płciowość zdefiniowana jest najprościej jak to tylko możliwe. Są albo mężczyznami, albo kobietami. Doświadczają dyskryminacji ze względu na swoje transpłciowe doświadczenie, nie oznacza to jednak, że można je bezkarnie zaliczyć do transpłciowej populacji. Wprost przeciwnie – z punktu widzenia tożsamościowego będą to osoby zbliżone do ideału cispłciowego (tu właśnie pojawia się problem jakiejkolwiek kategoryzacji – każdy punkt widzenia otwiera coraz to nowe możliwości…). W tradycyjnym ujęciu transseksualności posiadają one stabilną i pewną tożsamość płciową naznaczoną już w dzieciństwie, która jedynie nie współgra z ciałem. Konflikt następuje w momencie kontaktu z najbliższym otoczeniem. Dlatego też wciąż zaskakuje mnie pojęcie „zaburzenia tożsamości płciowej” w odniesieniu do osób transseksualnych – nigdy nie spotkałem ludzi bardziej pewnych co do tego, jakiej są płci. Naprawdę.
Przy takim podejściu pominiemy zupełnie osoby interseksualne, wśród których wiele ma za sobą transpłciowe doświadczenia, w tym także korektę płci (na różnych poziomach, nie utożsamiać z operacjami!). Nie dowiemy się nic o dyskryminacji w miejscu pracy, służbie zdrowia, o zbrodniach z nienawiści nie wspominając. Podobny problem dotyczy osób decydujących się na zmiany kojarzone z problemami transpłciowymi (zmiana genderu, dokumentów, hormony, operacje i wiele innych sposobów autoprezentacji), które nie korzystają z transpłciowości w kontekście tożsamościowym. Wolą queer i inne odnogi bądź nie potrzebują żadnego z tych pojęć. Nie każdy potrzebuje się określać.
A co z osobami transwestycznymi? Tu także mamy do czynienia z niesamowitą różnorodnością zwłaszcza te zmieniające tożsamość w zależności od płciowej ekspresji. Dla nich transpłciowość może być swego rodzaju kierunkiem zmiany, formowania siebie, a nie kwestią absolutnej identyfikacji.
LGB i T?
Problem tożsamościowy dotyczy także dyskryminacji wielokrotnej. Jeśli postawimy badanie na tym czy ludzie definiują się jako lesbijki, geje, osoby biseksualne czy transpłciowe, co zrobimy w przypadku osoby transpłciowej identyfikującej się jako L, G lub B? Kwestia ta idzie jeszcze dalej – w jaki sposób jesteśmy w stanie tak naprawdę oddzielić homofobię od transfobii? Ofiary zbrodni z nienawiści atakowane są w różnych kontekstach, a ich agresorzy w różny sposób pojmują kwestię seksualności, czy płciowości. O ile w ogóle je rozróżniają.
Trzymająca się za ręce para może być zaatakowana z pobudek homofobicznych, jednakże nie oznacza to, że ofiary na pewno są homoseksualne. To raczej ich ekspresja płciowa, skojarzona przez atakującego z tą samą kategorią (dwie kobiety lub dwaj mężczyźni) i (nie)możliwymi w niej relacjami staje się faktyczną przyczyną ataku. Podobnie bywa z samotnymi ofiarami. W przypadku anonimowego ataku to ekspresja płciowa połączona z domniemaną orientacją seksualną sprawia, że do niego dochodzi. Działa tu dziwaczny mechanizm kojarzenia seksualności z autoprezentacją – oparty przede wszystkim na stereotypizacji – który uderza także w osoby transpłciowe, niekoniecznie widzące się w kategoriach nieheteroseksualnych.
Jak zatem klasyfikować przestępstwa? Czy rzeczywiście w praktyce je rozdzielać, czy stworzyć kategorię wspólną dla wszystkich fobii, których podstawą są przypuszczenia co do seksualności i płciowości danej osoby?
Co robić?
Wytykać można by wiele. Jednak samo wytykanie nie pomoże, jeśli nie będzie w nim chęci działania. Stąd pomysł na kategorię doświadczeń, wydaje się szersza niż tożsamość. Tak naprawdę nikt jeszcze nie znalazł idealnego sposobu badania kwestii związanych z transpłciowością. Całkowita inkluzywność bywa bardzo trudna do osiągnięcia, właśnie ze względu na różnorodność doświadczeń. Nie ma wątpliwości, że transpłciowa tożsamość istnieje, problem polega na liczbie rzeczywiście posługujących się nią osób.
Ja sam się pod takową podpisać nie mogę. Nie przechodzę między płciami (co sugerowałby przedrostek trans), bo nie ma między czym. Po prostu sobie jestem.
Politycznie podpisywać się zdarza. Wtedy wolę być transchłopcem. Bo dzieciom zwykle więcej wolno.
W każdy trzeci piątek miesiąca od 18:00 do 21:00 w Telefonie Zaufania Lambdy pod numerem 22 628 52 22 dyżuruje Łukasz - osoba transpłciowa z Fundacji Trans-Fuzja.