vWorld.pl

Wiktor Dynarskiego twórczość własna

06 11/11

Trzycentymetrowa erekcja


Genitalia wyzwolone – męskie waginy wychodzą z cienia!

W świecie odgórnie zdefiniowanych postaci kobiet i mężczyzn przyjęło się utożsamiać te kulturowo-społeczne wytwory z jasno określonym, absolutnie niezmiennym zestawem genitaliów.

Chłopcy mogą być dumni ze swoich siusiaków, a dziewczynki powinny wreszcie zacząć swobodnie mówić o potrzebach swoich cipek. Tak uczą nas kolejne edukacyjne publikacje i portale zajmujące się ludzką seksualnością. A ci i te z nas, których ciała albo nie odpowiadają tradycyjnym wyobrażeniom o genitaliach, albo są wręcz odwrotne, wciąż próbują zwrócić na siebie uwagę. Bo zarówno męskie waginy, jak i damskie penisy oraz opcje wymykające się fizycznym podziałom, chciałyby zaistnieć w szerszym kontekście.

Temat transpłciowości nie wydaje się już tak obcy, jak dwa-trzy lata temu, kiedy to osoby transseksualne, transwestytyczne, transgenderowe i te poza jakimikolwiek kategoriami płci (cielesnej i kulturowej) bały się zabierać głos we własnym interesie. Na szczęście czasy się zmieniły (tak naprawdę niewiele, ale zawsze…) i oto osoba powszechnie odczytywana przez społeczeństwo jako mężczyzna może pozwolić sobie na genitalny coming out. Kłaniam się w pas. To ja – transmężczyzna – mam męskie imię, nazwisko, a nawet dumne M w dowodzie osobistym, tylko zawartość moich majtek wprawia czasami w zakłopotanie.

Po urodzeniu oznaczono mnie jako dziewczynkę. I słusznie, przynajmniej według dwupłciowego systemu przydzielania dzieciom odpowiednich literek. Nic nie wzbudzało wątpliwości – lekarz, zapewne wprawiony w swojej sztuce, rozpoznał i wargi sromowe, i łechtaczkę, o pochwie nie wspominając. Dobrze mi się żyło z moją genitalną diagnozą. Tylko społecznie i kulturowo się nie podobało. Tożsamościowo było mi wszystko jedno. Ani ze mnie prawdziwa kobieta, ani tym bardziej prawdziwy mężczyzna. Cokolwiek to znaczy. Postanowiłem zatem przejść typowo transseksualną drogę – dostałem diagnozę uroczo zakodowaną jako F 64, na jej podstawie zmieniłem oznaczenie płci w dokumentach i przeszedłem zabieg mastektomii. Transseksualista jednak ze mnie żaden. Przynajmniej w klasycznym rozumieniu. Lubię swoje ciało, zwłaszcza genitalia. Bo co może być lepszego niż wagina?

Od lekarzy często słyszy się, że transmężczyźni (seksuolog prędzej użyje sformułowania k/m albo „z kobiety w mężczyznę”) nie tyle chcą być postrzegani jako mężczyźni przez otaczające ich osoby, ale dokonać wszelkiego typu korekty ciała, aby osiągnąć stan jak najbliższy ideałowi. Zapewne niektórzy tak mają, ale mnie nigdy nie pociągała ta wymuszona zazdrość o fallusa. Zwłaszcza po kilku miesiącach leczenia hormonalnego, kiedy to razem z zarostem na twarzy i zmienioną masą mięśniową na całym ciele, między nogami wyrósł mój własny mikropenis. Tak by go określono, gdyby po moim urodzeniu zdecydowano, że jestem chłopcem. Dziewczynkom w tym wypadku przypada określenie „przerośniętej łechtaczki”. Jedno i drugie wzbudza mój wewnętrzny sprzeciw. W języku polskim wciąż brakuje nazw dla naszych genitaliów. Chociaż i tak będę się upierał, że posiadam i penis i waginę. Kwestia mikro-makro pojawić się może podczas dyskusji z kimś, dla kogo rozmiar jest absolutną podstawą komunikacji. Nie dla mnie.

A jednak, gdy piszę o trzycentrymetrowym wzwodzie, wyobrażam sobie uśmiechy współczucia i zdziwienia (sam się zresztą uśmiecham). Standardy genitalne sięgają bardzo daleko. Także do życia seksualnego. Nienormatywność genitalna to kwestia wciąż rzadko rozpatrywana – być może z powodu niewidzialności, a być może ze względu na kwestię intymności. W świecie, w którym wciąż trzeba konkurować z penisem, gdzie o seksualności kobiet jako takich (tj. osób klasycznie kojarzonych z waginą) wciąż mówi się zdawkowo i to najczęściej jedynie w kontekście zadowalania mężczyzn, bardzo trudno wyjść poza schemat. Męska wagina to wciąż swoista terra incognita. Oby nie na długo.

Tekst przygotowany dla portalu seksualnosc-kobiet.pl.


05 10/11

Transpłciowy problem – doświadczenie czy tożsamość


Pytanie o istnienie transpłciowej tożsamości pojawia się w mojej głowie za każdym razem, gdy mowa o badaniu jakości życia osób trans. Przez jakość życia rozumiem różnorakie problemy – od sytuacji związanych z miejscem pracy (tu zwłaszcza dyskryminacja), przez kwestie dotyczące odpowiedniego dostępu do, jakby się wydawało, codziennych usług medycznych, aż do „po prostu bycia”, tj. funkcjonowania w różnych kontekstach społecznych.

Temat intryguje mnie szczególnie z – od dawna przyjmowanej – perspektywy generalizującej, nadającej pewnej grupie status „osób trans”. Mam wrażenie, że zarówno w świecie aktywistycznym, jak i akademickim panuje pewien chaos pojęciowy. Niby wszyscy wiemy, o kim piszemy. Niby wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, jakie problemy możemy danej grupie przypisać, a jednak od czasu do czasu trafia się ktoś, kto wytknie braki w naszym, jak sądzimy, niezwykle inkluzywnym podejściu.

Polityka a pułapka tożsamości

Najlepszym przykładem może być ostatni okrągły stół Agencji Praw Podstawowych, na którą miałem okazję być zaproszony. Wydarzenie to, niestety, wyjątkowo krótkie – w sumie trwało 1,5 dnia – celowało głównie w dialog z aktywistami z różnych regionów Europy (nie tylko UE) na temat dalszej pracy FRA w kwestii osób transpłciowych. Wszystko szło całkiem nieźle, szczególnie prezentacja wyników badania populacji trans w Belgii (raport dostępny tu), dopóki nie doszliśmy do omawiania planowanego na wiosnę 2012 europejskiego badania populacji LGBT. Skupiać ma się ono na kwestiach związanych z dyskryminacją oraz problematyce mowy i zbrodni z nienawiści.

Niestety, jak zawsze przy tego typu badaniach, najtrudniejsza część to zidentyfikowanie populacji, którą chce się poddać badaniu. Osoba odpowiedzialna za prowadzenie tego olbrzymiego projektu zdecydowała, że udostępniany kwestionariusz ma dotyczyć osób utożsamiających się z pojęciami L, G, B oraz T (tj. posiadających lesbijską, gejowską, biseksualną albo transpłciową tożsamość). Aktywistyczny krąg (szczególnie część trans) załamał ręce na wieść o takiej generalizacji. Bo co by o tożsamości nie mówić, nijak się ma do badania REALNEGO obrazu dyskryminacji ze względu na seksualność czy płciowość (zarówno jej odczucie, jak i ekspresję).

Dlaczego?

Na początek przykład cispłciowy (ten łatwiejszy), z którym od lat borykają się programy prewencji infekcji przenoszonych drogą płciową (dzięki czemu powstały grupy MSM i WSW). Osoba identyfikująca się jako heteroseksualna, ale mimo wszystko prowadząca życie przez innych widziane jako biseksualne, może być dyskryminowana ze względu na te doświadczenia, jednak nie weźmie udziału w badaniu, ponieważ jej seksualność nie wpływa na poczucie własnej tożsamości. Czy w takim wypadku ktokolwiek ma prawo odmówić takiej osobie samookreślenia? Na jakiej podstawie miałoby się to odbywać?

Kwestia ta drażni mnie samego ze względu na obecne i przeszłe doświadczenia. Nikt nigdy nie brał na poważnie mojej deklarowanej biseksualnej, a następnie panseksualnej tożsamości. Przed zmianą dokumentów wmawiano mi, że jestem lesbijką (wiązało się to, oczywiście, z próbą odciągnięcia mnie od tematu transpłciowości), później zaś, kiedy w świecie przyjacielsko-aktywistycznym wydało się, jakie zmiany zaszły w moim życiu prywatnym, bez mrugnięcia ogłoszono mnie gejem. Nikomu nie przyszło nawet do głowy, żeby zapytać. Sklasyfikowany i już.

Kto jest trans?

Przykłady transpłciowe mogą okazać się podobne, jeśli chodzi o problem tożsamościowy. Zanim jednak do nich dojdę, chciałbym wytłumaczyć dwa pojęcia, którymi bez przerwy się posługuję, a które mogą wydawać się obce. Bądź komplikujące – nie ukrywam, że w świecie trans w zasadzie każdy posługuje się własnym aparatem pojęciowym i niekiedy bardzo trudno nadążyć za wszystkimi zmianami.

Termin „cispłciowy” zapożyczyłem z angielskiego cisgender, który już dość długo funkcjonuje w transowej przestrzeni internetowej i aktywistycznej (z naciskiem na perspektywę amerykańską). Do języka społeczności trans cis trafiło jako zamiennik „normalności” tudzież normatywności, czy genetyczności (ta ostatnia, swoją drogą, dość często pojawia się w słowniku polskiej społeczności, szczególnie osób transseksualnych). I w zasadzie w takim kontekście wciąż funkcjonuje. Osoba cis to przeciwieństwo osoby trans. Takie podejście do kwestii płciowości wydaje mi się niewystarczające. Dlatego też w moim słowniku pojęcie cispłciowy oznacza osobę, która nigdy w życiu nie kwestionowała binarnego systemu płciowego, nie ma udokumentowanych zachowań trans z okresu dzieciństwa, czy późniejszej nieletniości (odwołanie do benjaminowskiego schematu diagnostyki transseksualnej), idealnie funkcjonuje w świecie zbudowanym z zakazów i nakazów.

Oczywiście takie podejście do sprawy zostawia nas ze stwierdzeniem, że w takim razie nikt nie jest cis, bo każdy kiedyś, przynajmniej raz w życiu, zastanowił się nad sobą w kontekście płci właśnie. A każdy w takim razie musi być trans, skoro w jakiś sposób zderzył się z płciową normatywnością i potrafił się jej przeciwstawić. I oto właśnie chodzi. Aby nie tworzyć z trans i cis dwóch sprzecznych obozów, ale aby traktować je jako pewnego rodzaju wskazówki, co do wybieranej drogi życiowej. Jesteśmy na tyle trans albo cis, ile faktycznie chcemy być.

Trans jako tożsamość?

Traktowanie transpłciowości jako kwestii tożsamościowej w przypadku badań nad doświadczeniem dyskryminacji czy przemocy niesie za sobą problem z zebraniem dostatecznie reprezentacyjnej grupy. W ten sposób rezygnuje się z olbrzymiej ilości osób transseksualnych (tj. tych widzących siebie w tradycyjnym, medycznym ujęciu), które nie posiadają tożsamości trans. Ich płciowość zdefiniowana jest najprościej jak to tylko możliwe. Są albo mężczyznami, albo kobietami. Doświadczają dyskryminacji ze względu na swoje transpłciowe doświadczenie, nie oznacza to jednak, że można je bezkarnie zaliczyć do transpłciowej populacji. Wprost przeciwnie – z punktu widzenia tożsamościowego będą to osoby zbliżone do ideału cispłciowego (tu właśnie pojawia się problem jakiejkolwiek kategoryzacji – każdy punkt widzenia otwiera coraz to nowe możliwości…). W tradycyjnym ujęciu transseksualności posiadają one stabilną i pewną tożsamość płciową naznaczoną już w dzieciństwie, która jedynie nie współgra z ciałem. Konflikt następuje w momencie kontaktu z najbliższym otoczeniem. Dlatego też wciąż zaskakuje mnie pojęcie „zaburzenia tożsamości płciowej” w odniesieniu do osób transseksualnych – nigdy nie spotkałem ludzi bardziej pewnych co do tego, jakiej są płci. Naprawdę.

Przy takim podejściu pominiemy zupełnie osoby interseksualne, wśród których wiele ma za sobą transpłciowe doświadczenia, w tym także korektę płci (na różnych poziomach, nie utożsamiać z operacjami!). Nie dowiemy się nic o dyskryminacji w miejscu pracy, służbie zdrowia, o zbrodniach z nienawiści nie wspominając. Podobny problem dotyczy osób decydujących się na zmiany kojarzone z problemami transpłciowymi (zmiana genderu, dokumentów, hormony, operacje i wiele innych sposobów autoprezentacji), które nie korzystają z transpłciowości w kontekście tożsamościowym. Wolą queer i inne odnogi bądź nie potrzebują żadnego z tych pojęć. Nie każdy potrzebuje się określać.

A co z osobami transwestycznymi? Tu także mamy do czynienia z niesamowitą różnorodnością zwłaszcza te zmieniające tożsamość w zależności od płciowej ekspresji. Dla nich transpłciowość może być swego rodzaju kierunkiem zmiany, formowania siebie, a nie kwestią absolutnej identyfikacji.

LGB i T?

Problem tożsamościowy dotyczy także dyskryminacji wielokrotnej. Jeśli postawimy badanie na tym czy ludzie definiują się jako lesbijki, geje, osoby biseksualne czy transpłciowe, co zrobimy w przypadku osoby transpłciowej identyfikującej się jako L, G lub B? Kwestia ta idzie jeszcze dalej – w jaki sposób jesteśmy w stanie tak naprawdę oddzielić homofobię od transfobii? Ofiary zbrodni z nienawiści atakowane są w różnych kontekstach, a ich agresorzy w różny sposób pojmują kwestię seksualności, czy płciowości. O ile w ogóle je rozróżniają.

Trzymająca się za ręce para może być zaatakowana z pobudek homofobicznych, jednakże nie oznacza to, że ofiary na pewno są homoseksualne. To raczej ich ekspresja płciowa, skojarzona przez atakującego z tą samą kategorią (dwie kobiety lub dwaj mężczyźni) i (nie)możliwymi w niej relacjami staje się faktyczną przyczyną ataku. Podobnie bywa z samotnymi ofiarami. W przypadku anonimowego ataku to ekspresja płciowa połączona z domniemaną orientacją seksualną sprawia, że do niego dochodzi. Działa tu dziwaczny mechanizm kojarzenia seksualności z autoprezentacją – oparty przede wszystkim na stereotypizacji – który uderza także w osoby transpłciowe, niekoniecznie widzące się w kategoriach nieheteroseksualnych.

Jak zatem klasyfikować przestępstwa? Czy rzeczywiście w praktyce je rozdzielać, czy stworzyć kategorię wspólną dla wszystkich fobii, których podstawą są przypuszczenia co do seksualności i płciowości danej osoby?

Co robić?

Wytykać można by wiele. Jednak samo wytykanie nie pomoże, jeśli nie będzie w nim chęci działania. Stąd pomysł na kategorię doświadczeń, wydaje się szersza niż tożsamość. Tak naprawdę nikt jeszcze nie znalazł idealnego sposobu badania kwestii związanych z transpłciowością. Całkowita inkluzywność bywa bardzo trudna do osiągnięcia, właśnie ze względu na różnorodność doświadczeń. Nie ma wątpliwości, że transpłciowa tożsamość istnieje, problem polega na liczbie rzeczywiście posługujących się nią osób.

Ja sam się pod takową podpisać nie mogę. Nie przechodzę między płciami (co sugerowałby przedrostek trans), bo nie ma między czym. Po prostu sobie jestem.

Politycznie podpisywać się zdarza. Wtedy wolę być transchłopcem. Bo dzieciom zwykle więcej wolno.


29 09/11

Tak dla…!?


Podczas przygotowań oświadczenia w sprawie rejestracji komitetu społecznego „Tak dla kobiet!”, przypomniałem sobie mailowe dyskusje na temat przyszłej nazwy tej inicjatywy, kiedy to musiałem, niestety, zapomnieć o swoich transinkluzywnych staraniach dla tzw. „dobra ogólnego”. Wszystko dlatego, że „Tak dla kobiet!” brzmi lepiej i bardziej jednoznacznie niż „Mamy wybór!” czy inne, równie generalizujące hasła. Swoich racji nie porzuciłem, zostałem jednakże przegłosowany. I trudno się dziwić, przecież inicjatywa ta w większości dotyczy kobiet.

Co właściwie znaczy „dla kobiet”?

Nie byłbym sobą jednak, gdybym nie zaczął rozbierać tego dziwnego płciowego tworu lingwistycznego. Zarówno „kobieta”, jak i „mężczyzna” trącą mi przestarzałym widzeniem świata, dzieleniem na dwie wartości, które bardziej się zazębiają, niż zwalczają. Konieczność dzielenia ludzi na „K” i „M” zbrzydła mi już dawno, szczególnie gdy cechuje się tylko i wyłącznie cisgenderową perspektywą i nie dopuszcza w swoje szeregi osób, którym na przebywanie w tych kategoriach pozwala przede wszystkim identyfikacja, a nie faktycznie posiadane ciało.

Tymczasem populacja transowa tworzy swoje własne pojęcia transkobiet i transmężczyzn, które niejako duplikują ten dziwny, absolutnie nierównościowy system kast, w którym tak naprawdę nie wiadomo, czy liczą się różnice w ciele, psychice, zachowaniu, ubraniach, czy jeszcze czymś innym, co może człowiekowi przyjść do głowy. Bo już zapomnieliśmy, czy rzeczywiście są jakiekolwiek różnice. To, o czym pamiętamy, to fakt, że „kobiety” i „mężczyźni” istnieją, a sama wiara w ten podział stwarza podstawy do wychowywania naszych dzieci w przekonaniu o jego prawdziwości.

Strach przed pytaniami

Dlatego też o wiele łatwiej w życiu społecznym mają osoby transseksualne, zwłaszcza te podpadające pod drastyczne kryteria medyczne, w których wymaga się całkowitej identyfikacji z tzw. płcią przeciwną. Bez tego nie ma korekty płci – mówią lekarze, a przestraszeni klienci boją się (doskonale zdając sobie sprawę z panującego w gabinecie stosunku władzy) zapytać, czy ktoś kiedykolwiek prowadził badania na osobach cispłciowych, szczególnie w zakresie poczucia płci. Czy od „mężczyzn” i „kobiet” nieposiadających żadnych doświadczeń transpłciowych, nigdy niemyślących o korekcie płci wymaga się nieustannej identyfikacji ze wszystkimi kulturowymi przyległościami kojarzonymi z „męskością” lub „kobiecością”? Nie wiem, nie pytałem. Podobnie jak wielu przede mną i po mnie w gabinecie lekarza paraliżował mnie strach przed odmową leczenia. Bo nawet jeśli dobrze wiedziałem, że nigdy nie identyfikowałem się jako mężczyzna ani jako kobieta, chciałem wizualnie i prawnie opowiedzieć się po bardziej pasującej mi stronie. Wtedy nie był to dobry start terapii. Teraz też nie jest. Wciąż wielu i wiele z nas musi udawać, że wpisuje się w klasyczny schemat transseksualności.

Diagnoza: zaburzenie tożsamości

Od trzech lat zatem poruszam się po świecie z tą dziwną diagnozą (F 64.0 Transseksualizm), która w zasadzie nic o mnie nie mówi, poza tym że nie mogę służyć w wojsku. Nikt nie interesuje się moimi prawami reprodukcyjnymi, trudnościami w dostępie do leczenia schorzeń widzianych klasycznie jako kobiece, problemami z edukacją seksualną, czy dyskryminacją i przemocą, z jaką spotykam się, będąc osobą niepasującą do żadnego cielesnego, płciowego, czy seksualnego kontekstu.

Jednocześnie wiem, że państwo polskie w ogóle nie rozpoznaje praw reprodukcyjnych jako praw przynależących każdemu człowiekowi. Gdyby tak było, każdym z nas – obojętnie czy cis, inter, czy trans miałby możliwość trwałego pozbawienia się możliwości płodzenia, czy przerwania ciąży. Wszyscy mielibyśmy także dostęp do antykoncepcji odpowiedniej dla naszych organizmów i rzetelnej informacji co do jej stosowania.

Mam wrażenie, że z takimi założeniami właśnie przychodzi inicjatywa „Tak dla kobiet!”. Mimo że sama w sobie nie jest transinkluzywna, jak dla mnie stwarza nadzieję na uchwalenie prawa, które regulowałoby także tę kwestię. Od praw reprodukcyjnych ciskobiet do praw osób interseksualnych i transpłciowych niedaleko.

A przynajmniej taką mam nadzieję. Dlatego też do postulatów komitetu dodaliśmy nasze własne, kładące nacisk na kwestie interseksualności i transpłciowości. Przeczytać można o tu.


13 09/11

Migracyjnie, szczątkowo, ale z zacięciem


Wróciło mi się do kraju ostatnio, jakoś tak w okolicach zeszłego tygodnia. Wcale nie jakoś tak, siedem dni dokładnie minęło – dobrze wiem, bo prawie oka nie zmrużyłem przez ten czas. Najwyraźniej zarówno stolica, jak i Polska w ogóle wysysają z człowieka jakąkolwiek energię życiową. Dawno już tego nie czułem. Chyba dlatego, że na dwa miesiące zaszyłem się pomiędzy ścianami Bratysławy.

Zatem wracam. I chociaż starałem się trochę być ze wszystkim na bieżąco, to jednak zaskoczenia nie uniknąłem. Głównie ze strony politycznej. To chyba dlatego, że dość szybko chłonę realia każdego miejsca, w którym zdarza mi się przebywać dłużej niż 2 tygodnie. A Słowacja, jaka jest, być może nie każda i nie każdy wie, ale zapewne choć raz w życiu nad tym rozmyślał. Na południu zatem dość spokojnie – organizacji LGBT niewiele, projekty są, choć nie tak medialne, bardziej merytoryczne. Bo i pieniędzy mniej. Rynek dopiero w trakcie tworzenia, choć z prognoz wynika, że już niedługo, że za chwilę aktywizm się sprofesjonalizuje.

Ale nie o tym miało być. (Z racji przerwy od pisania troszeczkę zebrało mi się na coś pomiędzy zwykłą notatką a opowiadaniem, ale już jest lepiej, już merytorycznie). Tak. Jeszcze tylko ostrzegę, że z wieloma sprawami, o których będę pisał, większość czytelników jest już zaznajomiona. Mimo wszystko pozwólcie mi się nacieszyć wszystkim, czym mnie przywitano.

Ania Grodzka, prezeska Trans-Fuzji, kandyduje do Sejmu z listy Ruchu Poparcia Palikota w Krakowie. I to jako pierwsza (na liście ma zresztą jedynkę) w Polsce ujawniona osoba trans, bo w parlamencie nikt jeszcze tematyki transseksualizmu i transpłciowości nie poruszał. Nie licząc, oczywiście, Romana Giertycha i jego sławnego sprzed lat przemówienia o „niemieckich transwestytach, którzy przyjeżdżają do Polski, aby uczyć polskie dzieci o tym, że płeć można zmieniać kilka razy”. Mam wielką nadzieję, że dobrze zapamiętałem słowa byłego wicepremiera. Sprawdzić nie mogłem, youtube nie chce ujawnić tego fragmentu jego kariery. Cieszę się, zwłaszcza że, jak się okazuje, RPP zbiera coraz wyższe notowania. Cieszę się też, bo pamiętam rozmowę, w której zastanawialiśmy się, czy rzeczywiście powinna, czy da radę i czy w ogóle się opłaca. Cóż, wszystko to oceni się po wyborach. Mówi się, że szanse na wejścia są spore. Tak twierdzi główna gwiazda partii – Janusz Palikot. Sam nie chcę się bawić w przewidywania. Poczekam. A w poczekaniu będę kibicował, zastanawiając się, jak to się dzieje, że RPP właśnie zbiera kandydatów wśród aktywistów (nie tylko LGBTQ). Czyżby po raz pierwszy ktoś zdał sobie sprawę, że można inwestować energię w aktywistów, w dodatku tych medialnych? Być może. Oczywiście, nie jestem skłonny uwierzyć, że zbiera się ludzi ze względu na ich organizacyjne i zarządzające kompetencje (mimo że kilku kandydatek i kandydatów powinno znaleźć się w polityce chociażby z tego powodu), ale może się mylę. W każdym razie chciałbym się mylić.

Wybory już dawno w toku, a ja wciąż niezdecydowany. Jakiś taki marazm mnie ogarnia i zdarza mi się przed monitorem skinąć głową, kiedy spoglądam na przemyślenia tych, co by chętnie zagłosowali na Amy Winehouse („bo na żywych nie ma, co głosować” – słowa Abiekta) albo znowu dali szansę Lady Gadze, która – niestety – prezydentką nie została, ale i tak zebrała sporo głosów (przynajmniej w Warszawie). Nieobecność w kraju nastawiła mnie zresztą do tematu dość odlegle. Zacząłem rozumieć, co czuje nieświadomy sytuacji politycznej obywatel, któremu nagle każe się wejść za zasłonkę i wybrać nazwisko, o którym nigdy nie słyszał i nigdy więcej zresztą nie usłyszy, skoro i tak się nie interesuje. Rozumiem problem, ale mimo wszystko w sytuacji postawić się nie mogę, z racji pracy. Trzeba mi znać polityków. Choćby po to, żeby wiedzieć, z kim w danej chwili rozmawiam.

Troszkę sobie dowcipkuję, bo i w niezłym nastroju jestem po wczorajszych urodzinach KPH. Dziesięć lat minęło jak z bicza trzasnął, więc warto było zrobić imprezę. Wybór padł na toro, a ja się obawiałem, bo nie dość, że nigdy tam nie byłem, to i jakoś się bałem. Chyba z powodu projektowanej na to miejsce transfobii. Sam nie doświadczyłem, ale sygnały różne otrzymywałem. Dlatego właśnie wczoraj zażyłem swój pierwszy raz z rzeczonym miejscem. Źle nie było. Całkiem dobrze wręcz. Miło było zobaczyć tyle znajomych twarzy, których nie miałbym szansy zobaczyć w ciągu najbliższego miesiąca, nawet jeślibym się rozdwoił. Towarzysko – owszem, udanie. Co do organizacji – mieszane uczucia. Muszę się tu podczepić pod Abiekta, który – jak zwykle zresztą – włada o wiele ostrzejszym słowem niż ja, że prezentowanie polityków przed aktywistami miało dziwny posmak. Do końca nie byłem pewien, czy świętujemy urodziny KPH, czy po prostu cieszymy się, że niektórzy politycy potrafią przyjść do gejowskiego baru. Wszystko mnie skłania w drugą stronę, ale mimo wszystko bawiłem się. Nie mogę jednakże nie wspomnieć o przeuroczej mowie pani Ewy Czeszejko-Sochackiej (posiada wyborcze wizytówko-ulotki z tęczowym paskiem), w której padło dużo obietnic, słów sympatii, głębokich, wzruszających westchnień… wraz ze słowem „wy”. „Rozumiem wasze problemy, zawsze stawałem po waszej stronie”. I zapewne, Szanowna Pani, dlatego właśnie nie może Pani liczyć na NASZ (kolektywny przecież!) głos. To, że na urodzinach organizacji LGBT(QI?!) stwierdziła Pani, że dobrze rozumie problemy gejów i lesbijek, dla mnie jest to już ewidentny sygnał, żeby nic Pani nie rozumie. Proszę zgadnąć dlaczego.

Wzburzenie, ach to wzburzenie. Bo i rzeczywiście – było to po prostu niesmaczne. Na szczęście przyszła Kayah, pokroiła tort, zdjęć porobiło się dużo, zrobił się raban – faux-pas prawie niezauważone. Nie licząc minimalnej ilości oklasków w porównaniu do wcześniejszych mówców. KPH życzę wszystkiego najlepszego, ale zabrakło mi w całości docenienia organizacji współpracujących. Kampania nie zrobiła w Polsce wszystkiego. Zmiany dokonują się tylko i wyłącznie dzięki współpracy. Naprawdę warto to docenić.

Jeśli podsumować, to tylko obrazkiem z najpoczytniejszego portalu kraju, i dodać – hurra! Jestem w tabloidzie.

Dynarski z piwem

A już na sam koniec coś z działu „sexy gender” (naprawdę!) w dodatku z gwiazdą już dawno przez mainstream nie eksploatowaną. Otóż zagraniczna prasa niedrukowana grzmi, że Moby bierze się za tworzenie pornografii. Ma zamiar też ponoć zagrać na nosie przemysłowi, zatrudniając ludzi o przeciętnych wymiarach (small penises! – tak w mediach krzyczą). Szczerze życzę sukcesu, bo i dobrze wziąć się za krytykę oczekiwań kultury co do ciał męskich. Jeszcze żeby dodać tam jakieś trans*inter ciała i będę bardziej niż urzeczony.

Warto zauważyć, że nikogo za bardzo nie gorszy (przynajmniej po tytułach) kręcenie filmu dla dorosłych. Krótkość najwyraźniej lepiej się sprzedaje.

Moby i małe penist


11 08/11

Trans-seks w wielkim mieście


Gejowskie seks randki w Polsce to żadna nowość. Nowością w tej przestrzeni są tacy jak ja

W piątek wieczorem wchodzę na swój zwyczajowy portal. Portal poszukujących – tak go sobie nazywam w myślach. Poszukujących kontaktów. Niektórzy spotykają tam znajomych, inni miłości swojego życia, a zdecydowana większość – w tym ja – chce znaleźć kogoś na noc, dzień albo po prostu na godzinę. Gejowskie seks randki w Polsce to żadna nowość. Nowością natomiast są w tej przestrzeni tacy jak ja.

O dildo lepiej nie wspominać

Podczas diagnozy, w gabinecie psychologa pytano mnie o wiele rzeczy, w tym seksualność. Nauczony doświadczeniem wielu transchłopaków przede mną, wyliczałem byłe dziewczyny, przemilczając miłostki i wielkie miłości do mężczyzn. Jeśli się nie dało, podkreślałem wagę męskości w czasach dorastania, fascynację postaciami z książek i filmów. Seksowni antagoniści lalusiowatych głównych bohaterów przekształcali się z namiętnych kochanków w figury ojcowskie, starszych braci i inne – dopuszczalne z heteroseksualnej perspektywy – bliskie męskie kontakty. Mówiłem z zamkniętymi oczami, a w myślach uśmiechał się do mnie lubieżnie Zygmunt Freud. Palił cygaro. Zawsze nabierałem wtedy ochoty na dobrze skręcony papieros.
Dziwnym trafem, pisanie o transpłciowości zawsze zejść musi na życiowe historie i cały ten absurdalny proces udowadniania przed całą armią specjalistów „swojej płci”. W moim przypadku – męskości. Jako „biologiczna kobieta” – seksuolodzy lubią to określenie – chcąca wstąpić do ekskluzywnego klubu męskich mężczyzn, nakładałem na siebie płaszcz stereotypów, w tym przymusową heteroseksualność. Moje życie seksualne musiało być czyste i absolutnie pewne – wolne od poszukiwania samego siebie, najlepiej monogamiczne, a jeśli nie monogamiczne, to tylko po „słusznej stronie”. Za masturbację – na szczęście – już nie wyrzucają z diagnozy. Pod warunkiem, że – jako mężczyzna – posiłkujesz się odpowiednimi pomocami. Męsko-damska i damsko-damska pornografia, jak najbardziej, o dildo lepiej nie wspominać. Chyba że traktujesz je jako olbrzymi penis, który – jako „przyszły” facet – absolutnie pragniesz posiadać.
Granie wymuszonej roli przez dłuższy czas, szczególnie gdy nie jest się odpornym na jej wpływy jak profesjonalni aktorzy, wiąże się – niestety – z niebezpieczeństwem identyfikacji. Wbrew swoim uczuciom i zachowaniom sprzed diagnozy uwierzyłem w seksualno-płciową normatywność i jej wzory. Profile na randkowych stronach, tam gdzie się dało, zamieniły się z „bi” na „hetero”, status „trans” zniknął – a z nim także ja. Ja, jakiego znałem, ja wyluzowany, odrobinę przegięty. Przyszły hormony, zniknęły piersi. Na ulicy zyskałem anonimowość. Wtopiłem się w heteroprzestrzeń. Szczęśliwy z niektórych zmian w moim ciele, uradowany pod niebiosa ze wszystkich poprawek w dokumentach powoli zacząłem przypominać sobie, kim jestem.

Razem do toalety? Nie, dziękuję

Pierwsza od wielu lat wizyta w gejowskim barze – już na hormonach, ale wciąż z wiązanym biustem – miała być testem. „Jak każą pokazać dowód, myślałem, to dopiero będzie…”. Nie kazali. Mimo zapewnień znajomych, że wyglądam na czternaście lat, bramkarz nawet nie mrugnął okiem. Miejsce, w którym jeszcze trzy lata wcześniej (jako przyjezdna do Warszawy bi-dziewczynka) wymieniałem intensywnie erotyczne spojrzenia z osobami płci ewidentnie żeńskiej przyjęło mnie znajomą muzyką i zrelaksowaną atmosferą. Ktoś zaczepił na krótką pogawędkę, ktoś dotknął, ktoś inny zaprosił do tańca. Trzeci drink uzmysłowił mi, że spędzam wieczór jedynie z mężczyznami. Z gejami. Odmawiając wspólnego pójścia do toalety zdałem sobie sprawę z czegoś zupełnie innego. Poczucie akceptacji zmieniło się we wstyd.
Wstyd genitalny – kolejne określenie, które tworzę – to jedno z bardziej specyficznych transowych doświadczeń. W moim przypadku nie jest związany z tym, co faktycznie czai się w moich spodniach, raczej z oczekiwaniami innych (szczególnie potencjalnych partnerów), co do ich zawartości. Ileż to razy odmówiono mi randki, spotkania, czy po prostu kawy właśnie z tego powodu… Płeć zainteresowanych nie wchodzi w tym przypadku w rachubę. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni kręcą głowami z niedowierzania. Najwyraźniej słowa „mężczyzna” i „wagina” niezbyt – och, hetero ironio! – idą ze sobą w parze.
Już jako prawnie rozpoznany mężczyzna ponownie zacząłem poszukiwać swojego seksualnego miejsca w świecie. Wciąż, niestety, wisiało nade mną widmo przemilczeń. Polubiłem kiepsko oświetlone bary, nocne wyprawy do parku, każde miejsce podszeptane przez znajomych jako cruising area musiało zmierzyć się ze mną. „Zmierzyć” – brzmi, jakbym próbował zawojować przestrzeń. Bo rzeczywiście próbowałem, jednak bez przekonania, z obwinianiem samego siebie. Siedząc na ławce w jednym z warszawskich parków w środku nocy obserwowałem przechadzających się ścieżkami mężczyzn. Badałem język ciała, głowy obracające się z niezdecydowaniem, kręciłem swoją, gdy ktoś próbował mnie zaczepić. Podkręcone testosteronem libido chciało jednego, racjonalizujący umysł i pulsujący w skroniach strach podpowiadały, żeby przeczekać.
Nie boję się mężczyzn. Ani ludzi w ogóle. Ale boję się wyolbrzymianych konsekwencji. Zastraszony opowieściami innych osób trans o przemocy, po wielokrotnym obejrzeniu filmu „Boys don’t cry” („Nie czas na łzy”) ze sceną „gwałtu naprawczego” na Brandonie, niepewny siebie, mało asertywny, nie wiedziałem, co robić. Co mówić, jak mówić i czy w ogóle mówić. Wielokrotnie przechodziło mi przez głowę, że gdybym był dziewczyną, byłoby mi o wiele prościej (nieprawda, próbowałem). Heterycy nie mają problemu z waginami. Biseksualiści też nie. Zastanowiłem się chwilę nad tymi stwierdzeniami – czy naprawdę orientację definiujemy na podstawie tego, jakie wyobrażamy sobie u ludzi genitalia? Większość zapewne tak. Tylko ci, którzy spotkali na swojej drodze kogoś trans, mogą odpowiedzieć inaczej.

Gender i zawartość majtek

O seksualności osób trans w Polsce pisano mało. Sami transi rzadko kiedy mają ochotę o tym wspominać. Żyjemy w świecie binarnych oczekiwań. W „Wielkiej księdze cipek” nie przeczytasz o transchłopcach zadowolonych ze swoich genitaliów – jakiejkolwiek orientacji seksualnej by nie byli. Podobnie „Wielka księga siusiaków” nie pokaże szczęśliwych transkobiet niepotrzebujących waginoplastyki. I nic dziwnego, przyzwyczailiśmy się myśleć o osobach transpłciowych (choć w większości myślimy o medycznie definiowanych osobach transseksualnych) jako chcących całkowicie wtopić się w płciową normę, także na poziomie cielesnym i seksualnym. Mało ludzi zdaje sobie sprawę, że to akceptacja genderu jest najważniejsza – zawartość majtek już nie tak bardzo.
Kategoria „trans” nie jest jednak obca portalom randkowym, istnieją nawet specjalne miejsca dla osób chcących poznać kogoś z nas. Jednak nie każdy ma pojęcie, czym trans jest. Czasem występuje w polu „orientacja seksualna”, czasem w płci. Wypełniając taki formularz, możesz spędzić godziny, zastanawiając się, gdzie dokładnie przynależysz. „Jestem biseksualny, czy transseksualny?” – pytam sam siebie, uzupełniając profil. Co w tym przypadku znaczy transseksualny? Podobają mi się osoby trans? Po długiej batalii z tak dziwaczną kategoryzacją wybieram – naturalnie – „trans”. Przynajmniej ludzie, będą wiedzieli na czym stoją. Na wszelki wypadek dopisuję w profilu, że na pytania o korektę płci nie odpowiadam. Ale długo nie trzeba czekać. Następnego dnia odbieram wiadomość: „Po co zmieniłeś/zmieniłaś płeć, skoro lubisz seks z facetami?”. Zagryzam wściekle zęby nad nieodpowiednią formą gramatyczną, przełykam rozczarowanie. W myślach odpisuję coś ironicznego i dającego wiele do zrozumienia. W rzeczywistości blokuję użytkownika. Nie chcę uprawiać aktywizmu w tej przestrzeni.
Tymczasem transowy aktywizm uprawia większość z nas – nie tylko w przestrzeni LGB – i to w dodatku wbrew swej woli. Ludzie sądzą, że skoro otwarcie mówimy o sobie, stajemy się publiczną własnością. Dlatego i dziennikarze, i przypadkowe osoby pytają nas o operacje, seksualność i genitalia. Wymykamy się oczywistemu i to w najgorszy dla heteronormy sposób – samym swoim byciem kwestionujemy tożsamości, które dla wielu ludzi są ostoją ich całego życia.
Umówiony na randkę z poznanym przez internet gejem, podczas niezwykle stymulującej intelektualnie konwersacji przy kawie powiedziałem, w czym rzecz. W kilkanaście sekund wyszedł, znajdując jakąś przyziemną wymówkę. Zostałem sam z rachunkiem i głupawym wyrazem twarzy, po którym pojawił się uśmiech.
Bo jednak zdarzają się nieuciekający. I tylko tacy zasługują na miano interesujących.

Tekst jest zbiórką doświadczeń zarówno moich, jak i innych transmężczyzn, z którymi miałem przyjemność rozmawiać o seksie i o trapiących nas kwestiach hetero- i homonormatywności. Śródtytuły pochodzą od redakcji.
Replika nr 32 (lipiec/sierpień 2011)

06 08/11

Należy chronić osoby transpłciowe przed dyskryminacją i nienawiścią za pomocą odpowiednich praw


Oświadczenie Komisarza Praw Człowieka Rady Europy Thomasa Hammarberga w sprawie praw osób transpłciowych z dnia 26 lipca 2011

Dalej »


03 08/11

Prowokacja? Wylewny Dynarski odpowiada Żarynowi


Opublikowany przed tygodniem na stronach Frondy artykuł o „prawdziwych zamierzeniach ruchu LGBT” miał szansę stać się znaczącym (nie tylko w środowiskach konserwatywnych) materiałem prasowym. Gdyby nie fakt, że okazał się być owocem wyjątkowo marnej (bo bezrefleksyjnej) pracy.

Dalej »


10 06/11

IS: Trans-Fuzja przeciwko dyskryminacji w pracy


“Dyskryminacja transseksualnych pracowników jest niezgodna z prawem. Unia Europejska chroni transseksualnych pracowników przed dyskryminacją” – plakaty z taką treścią pojawiły się 1. czerwca na przystankach lewobrzeżnej Warszawy. Organizatorem kampanii jest Fundacja Trans-Fuzja.

Dalej »


 Page 1 of 18  1  2  3  4  5 » ...  Last »