Będzie się działo…
Od dłuższego czasu na pewnej liście mailingowej trwała zagorzała dyskusja, a właściwie prowadzono spór, który – gdyby konieczne okazało się nadanie tytułu – określić należałoby jako rozmowy z cyklu „A jak to właściwie jest we Francji?”. Przekomarzanie się „osoby, która wie i proszę jej nie poprawiać, ponieważ rozmawiała z kimś przebywającym bardzo blisko jednego z zastępców sekretarza asystentki doradcy wiceministra zdrowia” oraz „osoby z Francji, która na pewno wie lepiej, ponieważ dysponuje niepodważalną wiedzą na ten temat, wynikającą w zasadzie z tego, że posługuje się ojczystym językiem na poziomie więcej niż komunikatywnym”.
Nie, oczywiście, tak to nie wyglądało. Zdawało się jednak podobne – ot, przekomarzanie się dwóch działaczek na rzecz osób transwszelakich. Wymiana zdań dotyczyła jednak spraw poważniejszych i to nie tylko kwestii francuskiej (do której wrócę innym razem) lecz także amerykańskiej. Ta druga – z racji wciąż jeszcze aktualnego porządku polityczno-ekonomicznego (prawie, wolę jednak nie wciągać Chin w wywód na temat praw jakichkolwiek mniejszości…) – powinna mieć pierwszeństwo.
Otóż na horyzoncie przyszłości medycyny zza Atlantyku jawi się wytwór postępowości ściśle zachodniej, choć nie tak bardzo zdemokratyzowanej. A imię jego brzmi – DSM-5. (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders (klasyfikacja zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego) edycja piąta, planowany rok wydania 2013). Wokół rzeczonego dokumentu już narosły kontrowersje, głównie z powodu traktowania pozycji gender dysphoria (rodzimi specjaliści, posługujący się klasyfikacją ICD-10 nazywają tę przypadłość „zaburzeniem tożsamości płciowej”, jej – także planowana – kolejna edycja również szykuje niespodzianki, ale o tym innym razem). Przyznam szczerze, za pierwszym razem nie rozumiałem, gdzie tkwi problem (oprócz, oczywiście traktowania transpłciowości jako jakiegokolwiek zaburzenia, czy choroby, z czym nigdy się nie zgodzę). Poszperałem nieco (właściwie przejrzałem) proponowane poprawki, wzruszyłem ramionami i wróciłem do spraw nieco istotniejszych. Dopiero uwagi zagranicznego kolegi okazały się całkiem uświadamiające.
Niektóre zmiany okazują się całkiem korzystne. Zamiana nieszczęsnych Gender Identity Disorder na Gender Incogruence wydaje się pozytywne, miła odmiana w stosunku do określeń, do których patologizująca wszelaką odmienność medycyna (a raczej jej dyskurs) nas przyzwyczaiła. Niestety, wydaje się, że osoby redagujące najnowszą wersję DSM nie do końca są przekonane o istnieniu (poniekąd skreślanej właśnie) tożsamości płciowej. Dużo mówi się tu o oczekiwaniach społecznych, płci, w której się żyje, bądź żyć chce, mało jednak zaznaczać podmiotowości pacjenta i jego faktycznej świadomości samego siebie. Osoba o „płci nieprzystającej” to nadal – choć nie z nazwy – ktoś zaburzony i wciąż, niestety, w świadomości samych zainteresowanych takim pozostaje.
Druga, bodajże najistotniejsza kwestia, to wprowadzenie pojęcia „płci przypisanej” (assigned gender), które (wierzę, że intencje były jak najlepsze) nie tylko komplikuje kwestię samego zjawiska płci w klasyfikacji DSM-5, lecz także – z powodu braku definicji – nie pozwala na dokładne określenie, z jakimi „przypisaniem” (tudzież „oznaczeniem”) mamy do czynienia. Czy assigned ma oznaczać wartość nadaną po narodzinach, często uważaną za niepodważalną, czy (co byłoby jednak zdecydowanie gorszym wyjaśnieniem) jest to określenie „nadania” sobie płci poprzez osobę dotkniętą „płciową niezgodnością”? Wyjaśnienia co do decyzji wprowadzenia tego terminu podkreślają (słusznie zresztą i bardzo się cieszę, że wreszcie zauważono przypadek, chociażby, interseksualizmu, przy którym określenie sex bywa w istocie kłopotliwe) genezę pojęcia, jednak brak podstawowej, dokładnie wyjaśnionej definicji nakazuje zachowanie ostrożności. Ta uwaga zostanie, naturalnie, podniesiona w dyskusji na temat wprowadzenia proponowanych zmian.
Wspomniane zmiany językowe, które mają odzwierciedlać najnowszą wiedzę o płciowości nie bywają, jednak, przekładane na faktyczne treści poprawek. Co i rusz trafiają się opisy transpłciowości rodem ze światopoglądu sprzed wielu, wielu lat. Gdy mówi się o „mężczyznach chcących żyć jako kobiety”, czy takowych właśnie „wchodzących w rolę kobiet”. Wszystko to spycha nas do przestarzałego, dychotomicznego ujęcia płci skupionego tylko i wyłącznie wokół genitaliów, traktowanych jako wyznacznik jedynego i słusznego wychowania i życia. Nowa edycja DSM nie pomoże zaakcentować własnej, transwszelkiej świadomości. Po raz kolejny pokazano, że osoba transpłciowa jest kimś dokonującym wyborów nie z konieczności, a potrzeby (a to istotna różnica).
Mam nadzieję, że przygotowywana właśnie ICD-11 podejdzie do tematu poważniej albo – jak kto woli – konsekwentniej.
















Potrzeba nie ma związku z koniecznością? Sądziłem, że jedno pokrywa się w pewien sposób drugim. W przypadku transpłciowości większość definicji albo uwłacza jednostce, albo generalizuje problem, na co zgodzić się nie możemy. Również liczę na postęp medyczno – naukowy, jednak nie obiecuję po nim zbyt wiele. A nuż mnie pozytywnie zaskoczy.
Pozdrowienia ślę (:
Z tym związkiem chodziło przede wszystkim o to, że potrzeba w tym temacie traktowana bywa jako “widzimisię”. Użyłem zapewne złego słowa, miałem na myśli “zmiany na życzenie”, bo tak w tej chwili w dyskursie publicznym wygląda sprawa transpłciowości (transseksualności zwłaszcza).