Recenzja książki “Martwa Europa”
Postępująca globalizacja, choć wydawałaby się jedynie zjawiskiem typowo ekonomicznym, nie pozostaje obojętna na literaturę, która zmienia perspektywę, porzuca stricte narodowy punkt widzenia, przyjmując w zamian niespotykane dotąd rozmiary. Współczesne narracje to narracje kontynentalne.
W tak zasugerowaną koncepcję wpisuje się „Martwa Europa” Christosa Tsiolkasa – powieść o wyprawie do mitycznej „krainy przodków”. Australijski fotografik, Isaac, zainspirowany opowieściami ojca, wyrusza w podróż po Starym Świecie, rozpoczynając ją od Grecji, kolebki cywilizacji tej części globu i kraju pochodzenia rodziców. Jednakże, wbrew wyobrażeniom Australijczyków, Europa to nie ziszczenie marzeń, ale przygnębiający kontynent opanowany przez antysemityzm i podobne mu społeczne fobie, prostytucję, i wszechobecną wulgarność, które w starciu z historią i doświadczeniem zamieszkałych na nim narodów wydają się wręcz profanacyjne.
Unoszący się nad Europą niezmiennie od czasu Holocaustu duch sacrum nie pozostawia nikogo obojętnym. Isaac wkrótce przekonuje się, że nikt – ani rodowici mieszkańcy, ani przyjezdni – nie potrafi pozbyć się tego piętna, ono zdaje się narastać i kiełkować w ludziach niczym złośliwy nowotwór. W narrację „Martwej Europy” wkradają się retrospekcje z dziejów rodu Isaaca, a powracające z przeszłości rodziców obrazy i osoby wprowadzają fotografika bezpośrednio w doświadczenie najgorszego okresu w historii Starego Świata. Wraz z nią rodzą się niedające się opanować demony, a przesiąknięta złem ziemia zdaje się nieustannie o sobie przypominać. Intensywność brudu ulic i przygodnego seksu największych europejskich miast powoli wkrada się w podświadomość i nieustannie drąży, budząc niesmak. Europa, choć pełna życia, okazuje się przegniłą, zmartwiałą przestrzenią.
Umiłowaniem dla snucia wielopokoleniowych narracji, pełnych nie tylko mistycyzmu i magii, lecz także niepokojów i zdarzeń, wydawałoby się, wartych jedynie przemilczenia, proza Tsiolkasa przypomina nagrodzoną w 2002 roku Pulitzerem powieść Jeffreya Eugenidesa „Middlesex”. Widocznie taka pozostaje grecka literatura po emigracji – nacechowana wyraźną tęsknotą za mitycznością, na poły sentymentalna.
Powieść Tsiolkasa nie jest jedynie opisem jednej z wielu podróży, choć, naturalnie, nawiązuje do tradycji greckiego eposu (kolejna wariacja na temat „Odysei”), to przede wszystkim doskonałe studium nowoczesnej europejskiej kondycji. Zdystansowane, australijskie spojrzenie dostrzega o wiele więcej, a taka perspektywa historyczna zdaje się ukazywać to, co nam, Europejczykom, umykało przez wiele, wiele lat…
















Degrengolada Europy przedstawiona nie z odrazą, lecz rozczarowaniem ma szanse zaciekawić dociekliwego obserwatora. Dystans mieszkańca innego kontynentu umożliwia ocenienie europejskiego dorobku kulturowego (czy też obyczajowości?) z innej strony.
Gdy uporam się w Murakamim, skuszę się. Obowiązkowo.
Pozdrowienia śle syn