vWorld.pl

inne spojrzenie na normatywny świat


20 08/10

Był sobie Pan Andrzej…


Był sobie Pan Andrzej…
Prywatny komentarz do artykułu zamieszczonego w serwisie wyborcza.biz [link]
„Krystyna została Andrzejem i chce rentę“ – głosi tytuł tekstu autorstwa Leszka Kostrzewskiego i Piotra Miączyńskiego. Osoba wyczulona na sprawy transowe już od pierwszych słów powinna mieć się na baczności. Jakiegoż to okropnego stwora, chcącego wyłudzić od Polski (a przecież wiadomo, że Polska jest najważniejsza!) pieniądze, opiszą nam dziennikarze serwisu biznesowego?
Lead artykułu prasowego, jak wiadomo nawet najbardziej początkującym adeptom szkoły czytania, ma przykuć uwagę i zachęcić do dalszego zapoznawania się z treścią. Niestety, w dobie szybkiej, niekiedy i bezrefleksyjnej komunikacji internetowej najczęściej przebiegnięcie wzrokiem po tytule bywa uważane wystarczający. Oto jak rodzą się konflikty społeczne.
Zatem wiemy już, że korygująca płeć osoba zrobiła to po to, by dostać od ZUS-u rentę. Lead jednak informuje o trudnościach systemu z osobami transpłciowymi (choć, jak czytamy dalej, powinien być na fakt przygotowany od prawie pięćdziesięciu lat), błędnie sugerując, że do korekty płci prawnej w Polsce potrzebne są również operacje. Niejednokrotnie (na wykładach, warsztatach i w rozmowach prywatnych) muszę częściowo dementować te rewelacje. Częściowo, ponieważ sprawa nie jest jasna w przypadku transmężczyzn. O ile transkobietom do otrzymania pozyty’wnego wyroku w sprawie korekty płci wystarczy jedynie określony okres terapii hormonalej, o tyle od transmężczyzn (w zależności od rejonu, w którym dokonują zmian administracyjnych) niekiedy wymaga się, poza standardową terapią hormonalną, przejścia mastektomii. Innymi słowy – Panu Andrzejowi nie trzeba operacji, by „stał się mężczyzną“. Pan Andrzej po prostu skorygował złe dane w Urzędzie Stanu Cywilnego, gdyż miał do tego prawo jako ich posiadacz (choć i taki status obywatela polskiego można uznać za dyskusyjny).
Informacje podawane przez rzecznika centrali – Przemysława Przybylskiego – wydają się niekompletne. Owszem, Pan Andrzej mógł zgłosić się do ZUS-u już po zmianie oznaczenia płci oraz imienia, wciąż z „żeńskim“ numerem PESEL, jednakże i ten zostanie zmieniony w drodze administracyjnej. Polskie prawo przewiduje wyłącznie dwie możliwości oznaczenia płci, dlatego wraz ze zmianą wpisu w Akcie Urodzenia, następuje zmiana numer ewidencyjnego (jeśli chodzi o szczegóły postępowania prawno-administracyjnego, odsyłam zarówno do strony transseksualizm.pl [link], jak i najnowszej książki wspominajej tu [link]). Dane muszą się przecież zgadzać.
Nie pierwszy to raz jednak urzędy polskie nie wiedzą, co robić z obywatelami korygującymi płeć. W mojej sprawie już od kilku miesięcy toczyło się w jednej z Izb Skarbowych postępowanie odnośnie złej praktyki. Po zmianie wszelkich danych złożyłem również wniosek aktualizacyjny do numeru NIP, jednakże zamiast dokonać wspomnianej aktualizacji, nadano mi nowy Numer Identyfikacji Podatkowej. Innymi słowy – ta sama osoba posiadała dwa różne identyfikatory – co, jak powszechnie wiadomo, miejsca mieć nie powinno. A wręcz nie może.
Artykuł ze strony wyborcza.biz wydaje się, po lekturze kolejnych akapitów, formą zaczepki, próbą zwrócenia uwagi na problemy obchodzenia się z obywatelami korygującymi oznaczenie płci w dokumentach. Słowa „zaczepka“ używam świadomie, zwłaszcza gdy trafiam na fragment rozważań na temat możliwości otrzymania wcześniejszej emerytury dzięki zmianie oznaczenia płci z M na K. Robert Biedroń słusznie podkreśla, że „odmówienie praw emerytalnych osobie transpłciowej byłoby uznawane również w Polsce za ewidentny przykład dyskryminacji ze względu na…“ – otóż to, ze względu na co? By być w zgodzie z obecną polityką antydyskryminacyjną uwzględniającą wszystkie możliwości, jakie w zakresie ekspresji płciowej daje nam transpłciowość, odpowiedzieć należałoby „ze względu na tożsamość płciową“. Ponieważ jednak polski język prawny nie odróżnia płci od rodzaju, a sądy zwykłe są uznawać dyskryminację ze względu na transseksualność (mamy przykłady kilku takich spraw) za dyksryminacyję ze względu na płeć, możemy się (jednak niechętnie) w tym wypadku z wypowiedzią Roberta zgodzić.
Niestety, tego samego nie da się stwierdzić o odpowiedzi na kolejne pytanie. Przytoczyć wypada jednak cały kontekst:
„Czy można wyobrazić sobie, że ktoś w kraju zmienia płeć tylko po to, aby wcześniej pójść na emeryturę?
- A pan dałby sobie odciąć penisa, żeby wcześniej odejść na emeryturę? Jestem przekonany, że nie. Płci nie zmienia się jak sukienki czy spodni – tłumaczy Biedroń. Mówi, że zmiana płci to wieloletni proces, poprzedzony badaniami psychiatrycznymi i seksuologicznymi. Później droga sądowa. Osoba chcąca zmienić płeć musi wystąpić z pozwem. Tylko w ten sposób można zmienić wpis do aktu urodzenia. A to konieczne, aby dostać sądowe stwierdzenie zmiany płci.“
Komentarzy do powyższej wypowiedzi będzie kilka. Tego typu artykuły bywają rzadko autoryzowane, zatem trudno jest powiedzieć, jak dokładnie wyglądało pytanie dziennikarza, czy emocjonalna atmosfera nie była napięta do granic możliwości, bądź po drodze padł komentarz, dzięki któremu Robert Biedroń pozwolił sobie na być może z jednej strony dowcipną, z drugiej jednak zupełnie niemającą nic wspólnego z prawdą odpowiedź.
Mimo wszystko trzeba jednak stwierdzić poniższe: przy odpowiedzi na pytanie dotyczące prawnej korekty płci w Polsce temat narządów nie powinien się w ogóle pojawić, gdyż operacje na genitaliach nie są warunkiem zmiany prawnej. Jeśli takowy się pojawił, oznacza to, że wybrano osobę nie do końca kompetentną do odpowiedzi. Tym bardziej, że waginoplastyka w żadnej mierze nie oznacza „odcięcia penisa“. Takie operacje, podczas których wytwarzano jedynie pochwę, bez łechtaczki, bywały jeszcze standardem w latach dziewięćdziesiątych, ale te już są daleko za nami.
Pamiętać także należy (zwłaszcza gdy odpowiada się na pytania dziennikarzy, którzy zwykle mają niewielkie pojęcie o procedurze korekty płci w Polsce), że nie każda osoba trans, która czuje potrzebę zmiany prawnej, chce również całkowicie zmienić swoje ciało. Ta uwaga odnosi się również do wypowiedzi Ygi Kostrzewy na temat minimalnych kosztów procesu korekty płci – wszystko zależy od tego, kto ma jakie zamiary względem samego siebie.
Gdy mowa o badaniach seksuologicznych i psychiatrczynych, stawiane są w tym wypadku jako warunek korekty płci, co w obecnej praktyce jest prawdą, jednakże jednocześnie czyni się z transpłciowości zaburzenie. Aktualna sytuacja tego zjwiska w klasyfikacjach medycznych przypomina walkę o skreślenie homoseksualizmu z tych list. Wszystko opiera się na podmiotowości osób trans. Wiemy, że nie jesteśmy ani chorzy, ani zaburzeni, jednakże, aby otrzymać stosowną pomoc (która w tym wypadku dotyczy spraw ściśle medycznych), musimy wejść w lekarski dyskurs i poddawać się wszelkim psychiatryczno-seksuologicznym badaniom, których celem jest potwierdzić to, co już o sobie wiemy. Transseksualizm i transwestytyzm wciąż figurują w klasyfikacji ICD-10, jednakże odnosząca coraz większy sukces kampania „Stop trans pathologization“ [link] powoli stara doprowadzić do tego, aby kategoria trans znikła z list chorób i zaburzeń na całym świecie.
Zaś jeżeli chodzi o „zmienianie płci jak rękawiczek“, zależy, co rozumiemy pod hasłem „płeć“. Jej ekspresję można jak najbardziej. Potwierdza to chociażby szastanie wizerunkiem przez wszystkich tych, którzy nie potrafią być wciąż kobietami albo mężczyznami,  nieważne czy tylko zmieniają jedno w drugie, czy łączą różnego rodzaju pomysły na płciowe przedstawianie, czyniąc z siebie pomnik „pomiędzości“. Prawnie korygować wpisu oznaczającego płeć wciąż nie można tyle razy, ile się tylko chce. Pytaniem zasadniczym będzie tu jednak – dlaczego? Społeczeństwo obywatelskie (przynajmniej teoretycznie) powinno zagwarantować każdemu członkowi/członkini/członkiniu możliwość swobodnego ingerowania we własne, prywatne przecież, dane. Niestety, wciąż jeszcze tkwimy w smutnej zależności rzeczywistości prawnej od kulturowych tradycji. Tylko i wyłącznie z tego powodu Jan Kowalski nie może poprosić o zmianę wpisu o płci na żeński, nie zmieniając żadnych innych danych. Wszystkiemu winna nadbudowa binaryzmu świata podzielonego na „żeńskie“ i „męskie“.
Co do historii (wspominanej dalej w artykule) – owszem, zabiegi korekty płci w Polsce były wykonywane już w latach sześćdziesiątych, jednakże wyrok Sądu Najwyższego przytaczany w atykule pochodzi z 22 marca 1991 i brzmi następująco:
„Poczucie przynależności do danej płci może być uznane za dobro osobiste (art. 23 KC) i jako takie podlega ochronie również w drodze powództwa o ustalenie na podstawie art. 189 KPC”
Końcowe fragmenty tekstu wprowadzają niejaki chaos do lektury. Cytuje się wypowiedź Ygi Kostrzewy na temat przyznawania osobom w trakcie korkety płci renty z racji wysokich kosztów tego typu zmian. I w zasadzie przestało już być wiadome, czy Pan Andrzej zgłosił się do ZUS-u, ponieważ potrzebował pomocy materialnej w trakcie całego procesu (używając stwierdzonego medycznie transseksualizmu jako powodu), czy już po zmianie danych dopadła go choroba.
Właśnie dlatego całość sprowadzić możemy do dość smutnego wniosku: gdy mowa o problemach osób trans (nie tylko w Polsce, choć mała to pociecha) wszystkim wciąż rządzi wielkie niedoinfomowanie.

Prywatny komentarz do artykułu zamieszczonego w serwisie wyborcza.biz

Dalej »


28 07/10

Książki, książki, książki…


Czyli transowa nowość wydawnicza!

Dalej »


13 04/10

Tożsamość płciowa a prawa człowieka (2)


Część druga dokumentu wydanego przez Thomasa Hammarberga, Komisarza Praw Człowieka Rady Europy

Dalej »


13 03/10

Politycznie niepoprawny kolonializm


Opowieść o żenującej postawie działaczy na rzecz grup wykluczonych wobec przedstawiciela mniejszości ewidentnie nieszanowanej.

Dalej »